Reklama

Reklama

Hokejowa reprezentacja. Selekcjoner Valtonen: W hokeju nie ma drogi na skróty

- Przypuśćmy, że teraz wywalczylibyśmy awans na MŚ Dywizji IA. Byłoby fajnie, wydawałoby się, że wszystko jest ok, ale za rok pewnie znowu spadlibyśmy z powrotem do światowej trzeciej ligi. Tak to działa. Kraje takie jak Niemcy, Austria, Szwajcaria od dawna szkolą młodzież i teraz zbierają tego owoce - grają w elicie, mają mocne ligi. Musimy iść ich śladem. Szkolić trenerów i zawodników. Efekty przyjdą za 5-10 lat. W hokeju nie ma drogi na skróty – powiedział Interii selekcjoner hokejowej reprezentacji Polski Tomek Valtonen.

Michał Białoński, Interia: Przez słabszą skuteczność w meczu z Rumunią i porażkę z nią po dogrywce nie udało się awansować do Dywizji IA. Jakie wnioski pan wyciągnął po MŚ Dywizji IB w Tallinie?

Tomek Valtonen, selekcjoner reprezentacji Polski: Liczyliśmy na inny wynik. Skuteczność strzałów nie była na takim poziomie, na jakim być powinna. W każdym meczu stworzyliśmy znacznie więcej szans niż przeciwnik. Nie awansowaliśmy przez mecz z Rumunią, o którym pan wspomniał. Przegraliśmy, choć w wykreowanych sytuacjach to my byliśmy górą 36-12. Bramkarz Rumunów Zoltan Toke był bardzo dobry i mleko się rozlało.

Reklama

Gdy siedem lat temu w Krynicy przegrywaliśmy walkę o awans do światowej drugiej ligi, wyprzedzili nas Koreańczycy, którzy w perspektywie igrzysk w Pjongczangu postawili na hokej. Azjaci zadomowili się w Dywizji IA. Teraz przeszli nam koło nosa Rumuni, którzy naturalizowali kilku Słowaków i Węgrów. Jaki widzi pan ratunek dla polskiego hokeja w perspektywie kilku lat? Zwłaszcza wobec faktu, że liga otwiera się na obcokrajowców, a przez to polscy hokeiści mogą wymierać jak dinozaury.

- Nie wierzę w to, że formuła ligi open utrzyma się dłużej niż rok-dwa. To zupełnie błędna droga, która w niczym nie pomoże polskiemu hokejowi. Najważniejszą sprawą jest szkolenie trenerów, żeby z młodzieżą, a także w ekstraklasie pracowali wykwalifikowani fachowcy. W ślad za tym powinno podążać szkolenie zawodników. Na efekty działania takiego systemu trzeba będzie czekać pięć, a może nawet 10 lat, ale to jest jedyna droga. Jeśli jej nie obierzemy, to za pięć lat nie będziemy mieli reprezentacji nawet na takim poziomie, jaki zaprezentowaliśmy w Tallinie.

Po otwarciu ligi na obcokrajowców Polacy jeszcze rzadziej będą występowali w przewagach i osłabieniach, a to odbije się na postawie reprezentacji. Tych elementów nie da się wyszkolić na kilkudniowych zgrupowaniach. Kadrowicze muszą odgrywać kluczowe role w swoich klubach, tak jak się to działo u nas w Podhalu Nowy Targ. Nieprzypadkowo w reprezentacji znalazło się tak wielu hokeistów "Szarotek".

Czy w związku z przejęciem funkcji trenera mistrza drugiej ligi niemieckiej - Ravensburg Towerstars zamierza pan nadal prowadzić reprezentację Polski?

- Wracam do Polski za kilka tygodni i wtedy razem ze związkiem podejmiemy decyzję.

Kontrakt  PZHL-em ma pan ważny?

- Moja umowa została zawarta na dwa lata, z opcją przedłużenia o kolejne dwa. Spotkam się z prezesem PZHL-u panem Minkiną i zobaczymy, co z tego wyniknie.  

Będzie pan w stanie pogodzić pracę w Niemczech z prowadzeniem naszej kadry?

- Tak, w umowie z Ravensburgiem mam zawartą zgodę na pracę z reprezentacją Polski. To nie będzie żadnym problemem. Istotne jest dla mnie stworzenie takich warunków, w których wszyscy zawodnicy będą chcieli grać w reprezentacji. Na razie na przeszkodzie stoją nieuregulowane stare premie, przez które część graczy zrezygnowała z występu na MŚ. To jedna sprawa. Chciałbym też, aby zawodnicy z większym szacunkiem podchodzili do gry w barwach narodowych. Na mapie hokejowej Europy Polska jest małym krajem. Tym bardziej potrzebujemy mieć do dyspozycji każdego zawodnika, by móc z nich selekcjonować najlepszą drużynę. 

Sprowadzanie zawodników z Kanady, USA czy innego kraju, naturalizowanie ich, na dłuższą metę nic nie da. Może się zdarzyć przypadkowy jeden awans, po którym nastąpi od razu spadek. Najlepszy przykład mieliśmy z Cichym i Szczechurą, którzy nie chcieli grać w naszej kadrze, choć mają polskie paszporty. Spośród naturalizowanych graczy na MŚ pojechał z nami tylko John Murray.

Z Polski wyjechał pan do Finlandii w wieku czterech lat i tam nauczył się hokeja. Jak, po niespełna roku od powrotu do pierwszej ojczyzny, postrzega pan organizacyjnie nasz hokej?

- Najbardziej zaskoczyło mnie to, że przed MŚ w Tallinie jeden klub (Comarch Cracovia - przyp. red.) nie chciał pozwolić zawodnikom na skorzystanie z klubowego sprzętu. 

Ale Cracovia twierdzi, że sprzęt kadrowiczom powinien zapewnić PZHL.

- Nigdzie nie spotkałem się z tym, że związek kupuje sprzęt dla zawodników. W każdym kraju na MŚ zawodnicy jadą w sprzęcie klubowym, federacja współpracuje z klubami i wspólnie próbują robić postępy. Tymczasem na przykład Maciej Kruczek (kapitan Cracovii - przyp. red.) nie mógł przyjechać na kadrę, bo nie miał sprzętu, a miał dotrzeć prosto na MŚ, bo dałem mu kilka dni wolnego, z uwagi na sprawy rodzinne. Miał dojechać, ale klub nie udostępnił mu sprzętu i straciłem ważnego zawodnika. Co mogłem zrobić? Próbowałem za swoje pieniądze kupić sprzęt od Cracovii, ale z tego też zrobili aferę. Działałem tylko w interesie kadry i zawodników. Chciałem uniknąć tych tłumaczeń, że na mistrzostwach zabrakło kogoś przez brak sprzętu. Teraz nikt w Finlandii ani w Niemczech mi nie wierzy, gdy o tym opowiadam, że mieliśmy takie problemy.

Podkreślam jeszcze raz - w żadnym kraju kadra nie kupuje sprzętu. Co najwyżej kupuje kije, ale często jest tak, że zawodnicy jadą na turniej z klubowymi kijami, a później związek zwraca za to, co się zużyje, zepsuje.

Hokeiści opowiadali nam, że dużo uboższe kluby od Cracovii jak Podhale, GKS Jastrzębie-Zdrój, czy Stoczniowiec pozwoliły zawodnikom na wyjazd na MŚ w sprzęcie klubowym.

- Bo tak było i taki zwyczaj obowiązuje wszędzie, czy to w kadrach seniorskich czy juniorskich. Przecież ten sprzęt to jest warsztat hokeisty, w którym on pracuje codziennie, więc jakim cudem z okazji kilkudniowego turnieju ma korzystać z innego sprzętu niż ten, do którego jest przyzwyczajony?

 Jak to było z pańskim komunikowaniem się z Cracovią? Żalił się pan w wywiadzie, że krakowianie nie odpowiadają, a klub opublikował dowód sms-owej konwersacji z panem.

- Chodziło o to, że dwa razy próbowałem się dodzwonić do szefostwa Cracovii, by wspólnie znaleźć rozwiązanie problemu ze sprzętem, ale nikt nie odpowiadał na moje telefony. Później wysłałem sms-a na WhatsApp-ie, z zapytaniem, ile oczekują za ten sprzęt i ofertą zapłacenia ze swoich pieniędzy. Choć komunikowałem się z Cracovią po angielsku, gdyż na piśmie nie potrafię tego robić po polsku, to odpowiedź, że Kapica może zabrać spodnie, a Zygmunt łyżwy dostałem po polsku. Przez całe zamieszanie Kapica stracił kilka treningów, Zygmunt i Domogała to samo. Nie było ich na lodzie, bo nie mieli sprzętu.

Stanowisko Cracovii w sprawie sprzętu dla kadrowiczów znajdziesz tu!

Na szczęście te doświadczenia z nie najlepszą współpracą z Cracovią były jedynymi moimi złymi wspomnieniami z minionego roku. Pozytywnie zaskoczyli mnie za to polscy hokeiści. Zarówno w lidze, jak i w reprezentacji. To dobrzy sportowcy i dobrzy ludzie.

Problem w tym, że chyba nie za bardzo miał pan w kim wybierać przed MŚ? Selekcja była mocno ograniczona. To nie był wybór 23 z 60 zawodników, tylko bardziej z 27-28.

- To prawda, brakuje dobrze wyszkolonych zawodników. Podczas meczów rozgrywanych na Węgrzech dokonaliśmy przeglądu zaplecza, sprawdziliśmy kilku debiutantów. Nie za bardzo jest spośród kogo wybierać. Dlatego trzeba się wziąć do roboty. Szkolić trenerów i hokeistów. Za pięć-dziesięć lat przyjdą efekty. Przypuśćmy, że teraz wywalczylibyśmy awans. Byłoby fajnie, wydawałoby się, że wszystko jest ok, ale za rok pewnie znowu spadlibyśmy z powrotem do światowej trzeciej ligi. Tak to działa. Kraje takie jak Niemcy, Austria, Szwajcaria od dawna szkolą młodzież i teraz zbierają tego owoce - grają w elicie, mają mocne ligi.

A jak pan ocenia naszą ekstraklasę?

- Nie jest słaba. Jest nawet lepsza niż myślałem. Musimy tylko cierpliwie pracować z młodzieżą.

Jeden z liderów naszego ataku - Patryk Wronka przenosi się do ekstraklasy Wielkiej Brytanii. Co pan na to?

- Pytanie jest takie, co w hokeju znaczy ta liga Wielkiej Brytanii? Moim zdaniem nie jest lepsza od polskiej. Reprezentanci Polski powinni celować do lig: Finlandii, Szwecji, Niemiec, austriackiej ligi EBEL, Czech, nawet do Słowacji, a nie do Wielkiej Brytanii. W tym roku dużo podróżowałem i oglądałem ligi: czeską, słowacką, niemiecką. W nich można się rozwijać. Nie rozumiem jaki ma sens dla Patryka wyjazd do Wielkiej Brytanii. Szanuję go bardzo jako człowieka i sportowca. Rozumiem, że chciał się przenieść za granicę i pewnie nie miał wielkiego wyboru. Zastanawialiśmy się, czy nie złożyć mu oferty powrotu do Podhala, ale nie zdążyliśmy. Najlepsi polscy zawodnicy powinni wyjeżdżać do silniejszych lig najszybciej jak to możliwe i jak najbardziej się w angażować w nowych klubach, by rozwijać swoje umiejętności. Niewielu się na to decyduje.

Dlaczego?

- Być może z tego powodu, że w Polsce zarabiają bardzo dobrze. Czasem musisz zgodzić się przez kilka lat na pracę za niższą kwotę, by sportowo zrobić krok do przodu i później zarabiać duże pieniądze. Tak właśnie zrobił Aron Chmielewski, który przeniósł się do Czech. Początkowo grał częściej w drugiej lidze, ale teraz przebił się i jest ważnym zawodnikiem mistrza Czech - Ocelarzi Trzyniec. Jak już jesteś dobry, to pieniądze zawsze zarobisz. Trzeba mieć właściwie ustawione priorytety.

Słoweńcy wyjeżdżają w wieku 15-16 lat do Szwecji i tam nabierają szlifów. Jan Drozg, który błyszczał na ostatnich MŚ Dywizji IA w Kazachstanie ma ważny kontrakt z Pittbsurgh Penguins, występuje w Shawingfan Cataractes, ale jako szesnastolatek wyjechał do Szwecji i dopiero stamtąd za ocean.

- 15-16 lat to jest za późno. Polacy muszą wyjeżdżać jeszcze wcześniej, najlepiej do Skandynawii, gdzie mają najlepsze szkolenie w Europie. Szwecja, Finlandia - to powinny być cele młodych polskich talentów. Każdy rok opóźnienia w szkoleniu jest nie do nadrobienia. 

Dam taki przykład: rok temu na mój obóz do Finlandii przyjechał 13-latek z Polski, nie chcę podawać jego nazwiska. I wie pan co? Obserwowałem go uważnie przez tydzień. Był najlepszym zawodnikiem na całym campie. Miał najlepszą jazdę na łyżwach i technikę kija. Wszystko było super. Dominował nad innymi, choć byli tam zawodnicy, którzy zdążyli już zadebiutować w juniorskiej reprezentacji Finlandii U-15.

Problem w tym, że przez minione 11 miesięcy ci młodzi Finowie na co dzień szkolili się na znacznie wyższym poziomie niż on w Polsce. Teraz pewnie to oni biją go na głowę. Młody Polak stracił rok. Szkolenie, codzienna praca w klubach w Finlandii to zupełnie inny świat niż Polska. I tu jest pies pogrzebany. Młodzi Polacy nie są słabsi w hokeja od Finów. Ogólnie Polacy jako naród są nawet bardziej utalentowani sportowo niż Finowie - wystarczy spojrzeć na polskich piłkarzy i siatkarzy. Jeśli tylko mają dobry system szkolenia, to osiągają sukcesy i prezentują o klasę lepszy poziom niż Finowie. Czy taki system szkolenia, jaki ma piłka, czy siatkówka mamy w hokeju? Na dzień dzisiejszy niestety nie.  

Mieliśmy kilka przypadków, że rodzice wysyłają pociechy za ocean, a tam trzeba być bardzo twardym, żeby się przebić.

- Trzeba wiedzieć, gdzie się jedzie, bo w Ameryce tez mają ligi mocne i słabe. Sam w wieku 18 lat wyjechałem do USA. W drugiej rundzie zostałem wydraftowany przez Detroit Red Wings i choć wiedziałem co robię, gdzie jadę, i tak nie dałem rady się przebić, choć byłem po fińskiej, a nie polskiej szkole hokeja. Trzeba mieć rozpoznane, gdzie się jedzie, kto jest trenerem, jaka tam jest kultura. Jechać do Ameryki w ciemno nie ma sensu

Rozmawiał: Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje