Reklama

Reklama

Hokejowa reprezentacja Polski jeszcze MŚ w "Spodku" nie przegrała

Nikt nie spodziewał się, że Marcin Kolusz i spółka przegrają w "Spodku" z Koreą Południową, ale nie mamy prawa przekreślać "Biało-czerwonych" na tym etapie MŚ Dywizji IA.

Po porażkach z Włochami i Koreą Płd. najłatwiej byłoby medialnie rozstrzelać selekcjonera polskich hokeistów Jacka Płachtę, dyrektora sportowego Tomasza Rutkowskiego i ich mocodawców z PZHL-u z prezesem Dawidem Chwałką na czele. Ale nic bardziej błędnego zrobić nie można. Jeszcze nie czas na rozliczenia. MŚ Dywizji IA w "Spodku" nie dotarły nawet do półmetka.

Dywagacje na temat przygotowania fizycznego naszych graczy również nie mają najdrobniejszego sensu. Z prostej przyczyny: w trakcie takiego turnieju,  na którym pięć meczów rozgrywasz w siedem dni nie ma żadnych szans na skorygowanie ewentualnych błędów.

Reklama

Trzeba trzymać kciuki za odbudowę mentalną naszej drużyny. Co zrozumiałe, wczoraj po porażce z Koreańczykami nasi zawodnicy mieli grobowe miny. Ale zarówno Adam Borzęcki, jak i Jacek Płachta mają rację w jednym: wszystko jest jeszcze w ich rękach, głowach i nogach. Mają trzy mecze, z których ten wtorkowy ze Słowenią i środowy z Austrią będą pewnie na jeszcze wyższym stopniu trudności, ale to nie znaczy, że "Biało-czerwoni" będą w nich bez szans!

Zamiast wieszać psy na trenerze i hokeistach wrzućmy kamyczek do ogródka organizatorów MŚ. PZHL, przenosząc turniej z Kraków Areny do "Spodka" motywował to m.in. przewidywalną lepszą frekwencją na trybunach i głośniejszym dopingiem. Z obydwoma tymi aspektami było wczoraj słabo, bardzo słabo. Trybuny za bramkami były puste, dominował doping, ale w wykonaniu dobrze zorganizowanych kibiców z Azji. Ten dla "Biało-czerwonych" ruszył na moment po bramce Grzegorza Pasiuta.

Nasi hokeiści na pewno nie mieli poczucia, że pomagają im ściany. Jasne, ktoś powie, że sami swoją grą nie zrobili zbyt dużo, aby rozgrzać publiczność. Jestem stałym bywalcem piłkarskiej reprezentacji i nawet gdy jej nie idzie, co ostatnio prawie się nie zdarza, ludzie dopingują.

Nasi siatkarze, w tym samym przecież "Spodku", najlepiej się przekonali, jak głośne wsparcie niesie, a przeciwnika deprymuje, gdy pewnie kroczyli po mistrzostwo świata. Jutro gramy ze Słowenią, wzmocnioną Robertem Saboliciem ze Sparty Praga (dopiero wczoraj Sparta przegrała z Libercem walkę o mistrzostwo Czech). Przy pustawych i cichych trybunach może to być "mission impossible".


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama