Reklama

Reklama

Hokej. Turniej EIHC. Szymon Marzec: Teraz w kadrze jest nam łatwiej

Hokejowa reprezentacja Polski rozpoczyna dzisiaj w Gdańsku Turniej Niepodległości meczem z Japonią (godz. 18). Nie przegraliśmy z nią od sześciu lat, a w ostatnim starciu debiutanckiego gola w kadrze strzelił Szymon Marzec. Są powody, by liczyć na kolejne, bo napastnik Lotosu PKH Gdańsk rozgrywa bardzo dobry sezon i jest jednym z najlepszych strzelców ligi.

Interia: Nie każdemu udaje się strzelić tak efektownego pierwszego gola w reprezentacji, ale teraz czas na kolejne.

Szymon Marzec, hokeista Lotosu PKH Gdańsk i reprezentacji Polski: - Każdy będzie się chciał pokazać z jak najlepszej strony i pewnie, że fajnie byłoby strzelić gola też tym razem, ale przede wszystkim liczymy na wygraną.

Drugi trener Węgrów, z którymi zagracie drugi mecz, przekonywał, że w turniejach EIHC w ogóle nie patrzy się na grę przeciwników i skupia tylko na swojej drużynie.

Reklama

- Coś w tym jest. W tych meczach wynik nie jest aż tak bardzo ważny jak podczas mistrzostw świata. Chodzi też o to, żeby dopracować nowe warianty, różne rozwiązania taktyczne, które ćwiczymy na treningach tak, aby wykorzystać je jak najlepiej w najważniejszych meczach sezonu.

Szkoda, że reprezentacja rozegra tak mało meczów w tym sezonie.

- Szkoda, ale za to w lidze gramy więcej (śmiech).

To fakt. Zwłaszcza, że tym razem jest zdecydowanie więcej wyrównanych zespołów i przez to zaciętych meczów.

-  Tylko się z tego cieszyć. Dla nas też to jest fajne, że każdy z każdym może wygrać i nie ma przepaści pomiędzy drużynami. Wydaje mi się, że po wprowadzeniu ligi open dla zagranicznych zawodników, poziom się podniósł. Z jednej strony to dobre, z drugiej może niekoniecznie dla młodych polskich zawodników bo nie dostają tylu szans na gre, ale nie oszukujmy się: ci którzy mają grać, to grają. Jak są dobrzy, to się przebiją, bo kluby raczej stawiają na takich zawodników. U nas też mamy przykład Igora Smala czy Michała Naroga. Nie ma spadku z ligi, więc młodzi dostają szansę.

Z kim gra pan w formacji w kadrze?

- Ogólnie będziemy grali sześcioma obrońcami i trzynastoma napastnikami. Dlatego też trener powołał mniej obrońców. Tym razem jest tylko ośmiu, a zazwyczaj był dziesięciu - grało ośmiu, a dwóch było do zmiany. Nie wiem jeszcze, jak będą wyglądały formacje, ale na treningach jestem w ataku z Pawłem Zygmuntem i Filipem Starzyńskim.

Atak walczaków, ale z drugiej strony w obecnym sezonie strzela pan jak nigdy.

- To prawda, mam już tyle bramek (10 - red.), ile w zeszłym zdobyłem w całym sezonie zasadniczym. Ciężko powiedzieć, co się zmieniło. Pewnie też dlatego, że zawsze w klubie miałem trochę inną rolę, właśnie takiego walczaka czy do walki w osłabieniach, czy to do twardej gry. W tym roku gram praktycznie wszystko: przewagi, osłabienia, więc jestem częściej na lodzie i mam więcej szans na strzelanie goli.

Jak się panu gra w kadrze? Jest duża różnica w porównaniu z grą w klubie?

- Mamy w klubie trenera Marka Ziętarę, który też był w sztabie szkoleniowym reprezentacji, więc szczerze powiem, że system w klubie jest bardzo zbliżony do reprezentacyjnego. W kadrze szlifujemy te same elementy co w zeszłym sezonie, więc teraz jest nam łatwiej i możemy wykonywać je w jeszcze lepszym tempie i z większą dynamiką. Trener jest zadowolony i mówi, że treningi wyglądają lepiej nawet niż tuż przed mistrzostwami świata. Wszyscy wiemy, co i jak mamy robić, dlatego teraz możemy robić to szybciej i lepiej.

Skoro jesteśmy już przy temacie ostatnich mistrzostw świata,  to wydaje mi się, że widać było po większości zawodników zmęczenie. Brakowało pary ze stycznia czy lutego.

- Ciężko powiedzieć, natomiast w obecnym sezonie będziemy jeszcze więcej grali. Nie wiem... Ja się na razie dobrze czuję, zresztą wolę grać niż trenować. Może teraz rzeczywiście jest za dużo meczów, bo w naszym przypadku dochodzą dalekie wyjazdy. Na każdy mecz jedziemy przez całą Polskę, więc jak gramy trzy spotkania w pięć dni, w tym dwa wyjazdowe, to rzeczywiście jest to męczące. Może gdyby były dłuższe przerwy między spotkaniami, to wygralibyśmy jedno-dwa więcej, ale nie ma co gdybać. Wszędzie na świecie gra się dużo i też trzeba daleko podróżować.

Po nieudanych mistrzostwach w Budapeszcie i spadku do trzeciej ligi nie udało się szybko wrócić na zaplecze elity. Jedni twierdzą, że gra w dywizji IB nie oddaje naszych możliwości i nasze miejsce jest na wyższym szczeblu rozgrywek, a inni z kolei przekonują, że właśnie taka jest rzeczywistość, bo rywale nie stoją w miejscu i robią postępy tak jak Litwini czy Rumuni. Jak pan ocenia?

- Na pewno zgodzę się z tym, że świat idzie do przodu. Widać to po wynikach i grze. Widać to też po choćby Włochach i Brytyjczykach. Gramy z nimi równe mecze, jesteśmy na podobnym poziomie, a oni są w elicie. Nie ma więc jakiejś przepaści i jeśli uda nam się wrócić na drugi szczebel rozgrywek, to szanse na awans do najlepszej grupy czy spadek do trzeciej będą równe. Już nie można nie doceniać rywali, bo przykładowo w Rumunii jest wielu naturalizowanych zawodników, poza tym mają bardzo dobrego bramkarza. Podobne jest z Estonią. Wielu jej reprezentantów gra w zagranicznych ligach i gdy się zjadą na kadrę, to wychodzi z tego naprawdę mocna ekipa. To już nie jest ta Estonia, z którą kiedyś wygrywało się 10-0. Poziom się podnosi i jednocześnie się wyrównuje. Widać to też na przykładzie najlepszych drużyn na świecie.

Plan na mistrzostwa w Katowicach jest jednak prosty - awans.

- Oczywiście, ale nie będzie to łatwy turniej, w którym wszystkich rozjedziemy. Wydaje mi się, że będą wyrównane mecze, mimo że przed każdym będziemy faworytami.

Rozmawiał Mirosław Ząbkiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL