Hokej. Reprezentanci mają dość poniewierania, ale są gotowi na kompromis

To nie bunt, a raczej dramatyczne wołanie o poważny dialog - oto główny wniosek po konferencji Stowarzyszenia Zawodników Hokeja na Lodzie, podczas której reprezentanci Polski wyjaśnili, o co chodzi w ich sporze z PZHL. Opowiedzieli smutne historie, które pokazują, że zabezpieczenie organizacyjne, medyczne i kwestia ubezpieczenia nie wyglądają tak profesjonalnie, jak w czwartek przedstawiał to wiceprezes PZHL Mirosław Minkina.

Piętnastu reprezentantów Polski odmówiło przyjazdu do Gdańska na rozpoczynający się w piątek turniej EIHC o Puchar z Okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości. Domagają się od związku m.in. potwierdzenia, ile zalega zawodnikom z tytułu niezapłaconych dniówek za udział w zgrupowaniach kadry.

Reklama

Przedstawicie PZHL odmówili i zaczęli kwestionować ich prawo do tych pieniędzy. Wiceprezes PZHL Mirosław Minkina twierdzi, że nie widzi powodu, żeby je wypłacić, bo chodzi o obietnice poprzednich prezesów, które nie zostały zapisane w stosownej uchwale.

Szef Stowarzyszenia Zawodników Hokeja na Lodzie - Krystian Dziubiński wyjaśnił, że pisemna umowa w sprawie rozliczeń zawodników z PZHL skończyła się 30 czerwca 2014 r., ale później także funkcjonowała i w oparciu o nią reprezentanci otrzymywali dniówki w wysokości 300 zł. Minkina, pełniący przez lata funkcję team leadera reprezentacji, doskonale o tym wiedział.

- Z mojej perspektywy nie ma większej różnicy pomiędzy umową ustną a pisemną. W sytuacji, gdy związek przyznaje, że deklaracje, na których zawodnicy polegali, były składane, nie mamy żadnych problemów, żeby dochodzić tych roszczeń - powiedział adwokat zawodników Stanisław Drozd.

Hokeiści zgodnym głosem przekonują, że nie chodzi im jedynie o dniówki. Przyznali, że dostali część zaległości, ale pieniądze trafiły tylko do 23 zawodników, którzy grali na mistrzostwach świata, a należą się one również 24 innym kadrowiczom, którzy brali udział w przygotowaniach, ale na turniej nie pojechali, bo odpadli w procesie selekcji. 

- W tym sporze nie chodzi nam o pieniądze tylko o godne traktowanie zawodników i przestrzeganie zasad, na które się umawiamy - podkreślił Marcin Kolusz.

Zawodnicy przyznali, że zdają sobie sprawę z fatalnej sytuacji finansowej związku, który po rządach dwóch poprzednich prezesów jest zadłużony na 16 mln zł i przez ministerstwo sportu finansowo ubezwłasnowolniony (wszelkie dotacje na reprezentacje seniorskie i młodzieżowe przechodzą przez PKOl). Są gotowi na kompromis i rezygnację z części pieniędzy, na które zapracowali, domagają się jednak poważnego traktowania przez władze związku. Chcą jasnej deklaracji potwierdzonej dokumentami, że władze PZHL będą wywiązywać się ze zobowiązań, a nie je kwestionować.

Zawodnicy odnieśli się do słów szefa związku, który podczas czwartkowej konferencji w Gdańsku zapewniał, że zgrupowania reprezentacji były organizowane tak profesjonalnie, że kadrowicze nie mieli powodów na nic narzekać. Podkreślał, że wykupiono zawodnikom świetne ubezpieczenie na wypadek kontuzji. Jako przykład podał Kaspra Bryniczkę, który doznał poważnej kontuzji obu kolan podczas meczu kontrolnego przed MŚ. Minkina podkreślił, że zawodnikowi sfinansowano operację za 17 tys. zł i dostawał 12 tys. miesięcznie przez pół roku.

Bryniczka przyszedł na konferencję, aby opowiedzieć smutne doświadczenia z tego okresu. Szokujący jest fakt, że z kadrą nie było lekarza. Nie pojechał z nim do szpitala nikt z obsługi kadry, a jedynie węgierski tłumacz, warunki w szpitalu w Budapeszcie były fatalne i nie przeszedł żadnego poważnego badania. Nie zorganizowano mu transportu do kraju i wrócił tylko dzięki uprzejmości przedstawiciela firmy zapewniającej sprzęt sportowy. Mimo zapewnień ze strony związku nie zorganizowano mu leczenia w Nowym Targu, a pierwsze pieniądze z ubezpieczenia otrzymał dopiero po 95 dniach i to tylko dlatego, że zwrócił się ze specjalną prośbą do ubezpieczyciela.

Szef Stowarzyszenia Zawodników Hokeja na Lodzie podkreślił, że na kadrze nadal nie ma lekarza. - Wczoraj na zgrupowaniu w Gdańsku jeden z zawodników doznał kontuzji i pojechał do szpitala, gdzie przesiedział kilka godzin zanim go zbadano i okazało się, że musi zostać na noc na obserwację - relacjonował Krystian Dziubiński.

Spór zawodników z związkiem jest kolejnym ciosem wizerunkowym dla polskiego hokeja. Reprezentanci podkreślają jednak, że zdają sobie z tego sprawę, ale nie mieli innego wyjścia.

- Musieliśmy podjąć takie kroki, aby uniknąć powtórki chaosu sprzed poprzednich mistrzostw i żeby na kolejne pojechać w pełnym składzie, ze spokojną głową i aby wszystkie sprawy były dograne na tip-top - przekonywał Krystian Dziubiński, szef Stowarzyszenia Zawodników Hokeja na Lodzie. - Bardzo żałujemy, że nie ma nas teraz na turnieju w Gdańsku, ale takie drastyczne kroki były naprawdę potrzebne. Wiemy, że robimy to dla dobra polskiego hokeja.

Mirosław Ząbkiewicz, Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje