Reklama

Reklama

Wigilijny freestyle hokeistów

Sprawdziliśmy jak wygląda Wigilia Bożego Narodzenie u trzech hokeistów z różnych stron Polski: górala, Ślązaka i Pomorzanina. Jeden z nich przeżył koszmarne święta na "zesłaniu" do Rosji.

Przychodzą co roku, a mimo to za każdym razem są wyjątkowe. Dla sportowców Boże Narodzenie to jedna z niewielu okazji w roku, aby usiąść przy stole z bliskimi. Zawodnicy Polskiej Ligi Hokejowej musieli się śpieszyć, aby zdążyć przed pierwszą gwiazdką, bo dzień przed Wigilią grali o ligowe punkty.

Niemal cała liga grała swoje mecze we wtorek, a takich hokeistów z Torunia wiązało się to z powrotem z Nowego Targu. Tylko zawodnicy z Gdańska i Jastrzębia mogli żyć świąteczną atmosferą wcześniej, bo swój mecz rozegrali awansem. - Pewnie, że włączam się w świąteczne przygotowania. Wcześniej sprzątałem, a właśnie teraz wracam z gimnastyki i ruszam po prezenty - relacjonował bramkarz Energi Stoczniowca Przemysław Odrobny. - Do kuchni się nie pcham. Nie ma takiej potrzeby, bo mama świetnie gotuje.

Reklama

Przemek zgodnie z tradycją chce wykorzystać świąteczny czas, aby

spotkać się z rodziną.

- Wigilia u dziadków. Pasterkę odpuszczamy, ale rano idziemy do kościoła, a później ruszamy w trasę, żeby odwiedzić dalszą rodzinę. Boże Narodzenie to święta, na które zawsze się czeka, bo każde są wyjątkowe.

Na świątecznym stole państwa Odrobnych królują ryby - jak na Pomorze przystało. - Jemy je pod każdą postacią. Jakby dobrze policzyć, to rzeczywiście mamy dwanaście dań. Z takich tradycyjnych polecam kutię i kulki z makiem w kisielu z żurawiną.

Kutia, to jedna z dwunastu potraw, które wchodziły w skład wigilijnej wieczerzy na kresach. Mieszanka pszenicy, maku, miodu i wszelkich bakalii tworzy bardzo słodki smakołyk. - Kutia? Nie słyszałem. Ja najbardziej lubię

uszka z barszczem i ryby

- opowiada góral z Nowego Targu Krzysztof Zapała, jeden z najlepszych hokeistów Wojasa Podhala. - Przed świętami zawsze razem z bratem jeździmy do znajomego, który ma staw i na wigilijnym stole tradycyjnie są u nas karpie i pstrągi. Są też pierogi, groch z kapustą. Poza tym moja mama robi "superowe" ciasto. Jak byłem mały, to nazwałem je diabełek i tak już zostało. Nawet nie wiem, jaka jest jego prawdziwa nazwa, więc lepiej je opiszę: kruche ciasto, orzechy, śliwki, rodzynki i gęsta czekolada. Coś pysznego!

- Nie wiem, jak gdzieś indziej, ale u nas do kolacji siada się dopiero, gdy na niebie pojawi się pierwsza gwiazdka - dodaje rodowity nowotarżanin. - Zawsze spędzałem Boże Narodzenie w domu rodzinnym, ale w tym roku postanowiliśmy, że zrobimy sobie Wigilię w młodzieżowym gronie z bratem i jego rodziną, a potem pójdziemy do rodziców. Niech nasze dziewczyny też się wykażą! Śmiejemy się, w tym roku

głównym daniem będą frytki

- żartuje rodowity nowotarżanin Krzysztof Zapała.

W wielu domach Wigilia to dzień, który co roku przeżywany jest zgodnie z tym samym scenariuszem, ale nie u państwa Zapałów. - Tradycyjnie łamiemy się opłatkiem i zasiadamy do kolacji, ale później jest freestyle. Pewnie, jakąś kolędę zaśpiewamy, ale chociaż razem z bratem gramy na gitarze, to nigdy nie lubiliśmy śpiewać. Co innego nasza mama, ale w domu było czterech chłopów i ona sama, więc nie miała siły przebicia. Liczy się to, że jesteśmy razem i możemy miło spędzić czas. Mój tato ma duże poczucie humoru i zawsze potrafi zadbać, aby wprowadzić nas w wesoły nastrój.

Krzysiek zasiadł do Wigilii już w poniedziałek, gdy na klubowej kolacji spotkali się gracze "Szarotek". - Była fajna atmosfera. To najlepsza okazja, aby spotkać się z wieloma ludźmi, z którymi nie widujemy się podczas sezonu. Jestem otwarty na ludzi, lubię z nimi rozmawiać, więc dla mnie to atrakcja. W tym roku wraz z chłopakami z drużyny postanowiliśmy, że kupimy sobie prezenty. Zrobiliśmy losowanie i ustaliliśmy, że górną granicą jest pięćdziesiąt złotych. Nie chodziło o to, żeby kupić kolejną maszynkę do golenia, ale coś "z jajem". Gdy rozdawaliśmy je dzisiaj, każdy kto potrafi śmiać się z samego siebie, miał niezły ubaw.

A jak świętują Boże Narodzenie na Śląsku? - Tradycyjnie, w rodzinnym domu - opowiada Tomasz Wołkowicz, hokeista GKS-u Tychy. - Tylko raz spędziłem je poza domem i niestety nie mam najlepszych wspomnień. Miałem jakieś siedemnaście lat i 

wywieziono nas do Rosji

na turniej. Wigilię spędziliśmy daleko od domu, od bliskich. Na kolację jedliśmy makaron w restauracji, w której karaluchy chodziły po firankach. Tegoroczna Wigilia będzie wyjątkowa, bo będziemy mieć dwie kolacje. Najpierw u moich rodziców w Katowicach, a później pojedziemy do teściów, do Otmuchowa.

Rodowitego Ślązaka w przygotowaniach do świąt wyręcza żona. - Nie suszyła mi głowy, gdy dowiedziała się, że będziemy grać ligowy mecz dzień przed Wigilią, bo sama kiedyś uprawiała sport. Grała w piłkę ręczną, więc doskonale wie, jak wygląda życie sportowca - tłumaczy Tomasz.

Co trafia na śląskie stoły w wigilijny wieczór?

- Zawsze grzybowa z grzankami,

karp, ale pieczony, a nie jakiś tam w galarecie. Kapusta z grzybami, kompot z suszonych śliwek, a z regionalnych specjałów makówki i moczka. Nie mam pojęcia, jak się je robi, ale makówki są podobne do kutii. Oprócz maku i rodzynek, dodaje się bułkę. Bardzo słodka jest też moczka. Niektórzy na sam jej widok odpuszczają, ale naprawdę jest bardzo dobra.

Zakupowy szał, strojenie choinki, wyczekiwanie pierwszej gwiazdy na niebie, życzenia przy opłatku, zapach świątecznych potraw, wspólne kolędowanie - tak świetnie znamy świąteczny rytuał, ale co roku magia Bożego Narodzenia działa inaczej. Każdy daje się jej ponieść, zapominając o codzienności. - Na żadne święta nie czeka się tak, jak na te - przyznaje Przemek Odrobny. - Wielkanoc, to już zupełnie inny klimat - dodaje Tomasz Wołkowicz. - Drugich takich świąt nie ma, a każde są wyjątkowe - przekonuje Krzysiek Zapała. Niech i tym razem będzie tak samo.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama