Reklama

Reklama

Henryk Gruth: Wnuk pyta mnie: dziadek, a ty podobno grałeś w hokeja?

Wróciłem na stałe do Polski, bo to jest mój kraj. Wielu się dziwi, dlaczego zdecydowałem się po tylu latach wrócić ze Szwajcarii, ale tam zawsze jesteś jedynie obcym człowiekiem, a tu jednak jesteś u siebie... To zasadnicza różnica: w Polsce czuję się najlepiej, więc tutaj wróciłem - mówi Henryk Gruth, legenda polskiego hokeja.

Henryk Gruth to niezwykła postać: jest rekordzistą pod względem występów w hokejowej reprezentacji Polski (248 meczów), czterokrotnym olimpijczykiem (1980-92). Dwukrotnie był chorążym polskiej ekipy olimpijskiej (w Calgary i w Alberville), a przez dwanaście lat również kapitanem polskiej reprezentacji. Wystąpił w aż 17 edycjach mistrzostw świata! W polskiej lidze rozegrał aż 628 meczów. W latach 1997-2020 pracował w Szwajcarii - przez trzy lata prowadził zespół ZSC Lions z Zurychu, gdzie wcześniej grał jako zawodnik. W 2006 roku - jako pierwszy i jedyny do tej pory Polak - został przyjęty do Galerii Sław IIHF. Po wielu latach na obczyźnie - wrócił do Polski. 

Reklama

Paweł Czado: Gdyby miał pan wybrać jedno miejsce albo przypomnieć jedno zdarzenie z okresu gry w Tychach - co by to było?

Henryk Gruth: - Tych zdarzeń było mnóstwo... (śmiech). Wcześniej grałem w Katowicach i przyjechali do mnie przedstawiciele klubu, żeby namówić na grę w Tychach. Przyjeżdżam na lodowisko, a tam jeden z trenerów młodzieżowych pyta mnie: "które parzenie?". Nie wiedziałem, o co chodzi, chodziło o... kawę. Była tam suszona na oknie! Załapałem się na drugie parzenie (uśmiech). To były fajne czasy, związałem się wtedy na stałe z tym miastem. To było w 1980 roku, trudne lata przemian, powstanie "Solidarności"... W Tychach dobrała się akurat fajna grupa ludzi - dobrych pracowników i dobrych kompanów. Ten czas wspominam najlepiej.

Ale różnie bywało. Potem w Tychach... malował pan mosty! Jak to możliwe?

- To było dużo później, za czasów Tysovii [klub nosił taką nazwę w latach 1992-1996 - przyp. aut.]. Byłem wtedy zawodnikiem i jednocześnie trenerem-koordynatorem na MOSiR-ze. Czasy były ciężkie. Postanowiliśmy założyć zakład działalności gospodarczej i dostawać zlecenia z miasta. Było ciężko o pracę, niektórzy z chłopaków nie mieli za co żyć, a nie chcieli iść na kopalnię. Pracowali dorywczo po hurtowniach, coś  sprzedawali. Spotykaliśmy się wieczorami na treningu, żeby to uratować... Bez naszej ówczesnej determinacji, żeby to utrzymać, tego hokeja by nie było... Chciałem dać przykład, że ja - jako reprezentant Polski - będę z tymi chłopakami i będę malował te mosty. Chodziło o to, żeby ludzie uwierzyli, że nam naprawdę na tym hokeju w Tychach zależy. Pracę podzieliśmy tak, że ja byłem od zdzierania starej farby, a Marek Król i Wójcik, który już nie żyje - malowali. Pewnego dnia malowaliśmy most koło lodowiska. Przychodzi facet z urzędu z lusterkiem, wkłada je od dołu i mówi: "a tutaj nie pomalowaliście". Były takie przygody (uśmiech). 

Były też inne trudne momenty. Choćby rozmowa ze związkowcami na kopalni "Piast" [hokeiści byli tam na etatach, przyp. aut.]

- Ojojoj... Szef kopalnianej "Solidarności" nam wtedy powiedział: "my tu na was płacimy, a wy nic nie robicie". Ubodło mnie to wtedy bardzo... Pojechaliśmy tam z prezesem klubu z chęcią ratowania hokeja, a oni właściwie nie dali nam dojść do słowa. Tylko oni mówili, a właściwie ryczeli. Tam się wtedy dowiedziałem, że ponad sto lewych etatów na kopalni było. "No dobra" - powiedziałem - "Ale tu jest dwudziestu dwóch hokeistów. A co z resztą? Na nas napadacie, wyrzuciliście nas z dnia na dzień, a chłopcy mają żony i dzieci"... Potem okazało się, że na reszcie etatów było pół PZHL-u z Warszawy, czyjeś babcie itd. Zapłaciliśmy wtedy frycowe, skupiło się na nas...

Były też jednak w Tychach wspaniałe chwile. Teraz został pan najlepszym sportowcem 50-lecia. Co dla pana znaczy to wyróżnienie? Czym dla pana jest ten klub?

- To prawie pół mojego życia. Tu przeżyłem wiele pięknych, cudownych lat, tu spędziłem najlepsze lata mojej kariery, lata w których się rozwijałem, a potem byłem dojrzały sportowo. Byłem też jednym z tych, którzy budowali hokej w tym mieście. To wyróżnienie znaczy dla mnie bardzo wiele. Kiedy jestem w Tychach, za każdym razem myślę z sentymentem o latach jakie tu spędziłem. Poznałem wielu wspaniałych ludzi, z którymi mam kontakt do dziś. Myślę, że - to uwaga do młodych ludzi - warto mieć jakiś cel. Przyszedłem do Tychów dlatego, że rodziła się tu wtedy koncepcja budowania nowej, młodej drużyny. Udało nam się wtedy wiele osiągnąć i stworzyć drużynę, która na stałe liczy się w polskim hokeju. Tak zostało do dziś - poza tymi wspomnianymi kilkoma latami, kiedy walczyliśmy o utrzymanie hokeja w Tychach.

Piłkarz Kazimierz Szachnitowski [wicemistrz Polski z 1976 roku - przyp. aut.] obstawiał, że to jednak hokeista zostanie wybrany najlepszym sportowcem. Dla pana zwycięstwo w tym plebiscycie to zaskoczenie?

- Kiedy ostatnio jeden z moich czterech wnuków zapytał się mnie: "dziadek, a ty to podobno grałeś w hokeja?" Myślę sobie: "uuuuu.... Czas szybko przeleciał" (uśmiech). Przypuszczałem, że mało kto ze współczesnych pamięta, kto to był Henryk Gruth. A tu się okazuje, że w naszym mieście przetrwała jakaś legenda, która pozwoliła żebym zajął pierwsze miejsce... Cieszę się, że w dziesiątce plebiscytu było nas trzech [jeszcze Mariusz Czerkawski na drugim miejscu i Krzysztof Oliwa - na dziesiątym - przyp. aut.]

Jak pan znajduje obecnie polski hokej?

- Po wielu latach pobytu zagranicą uczę się go od nowa. Kiedy wyjeżdżałem z kraju tu była polska liga. Teraz jest mnóstwo obcokrajowców, w każdym sezonie drużyny bardzo się zmieniają. Stabilizację mają trzy, cztery kluby, wśród nich jest GKS Tychy.

Wspomniał pan, że przestał już być trenerem. Dlaczego?

- To prawda. W pewnym momencie mojego życia, jeszcze kiedy byłem w Szwajcarii, coś sobie uzmysłowiłem. Pracowałem tam przez ostatnie dwadzieścia lat głównie z młodzieżą, przez trzy lata pracowałem z pierwszą drużyną. Doszedłem już do punktu w moim życiu trenerskim, kiedy uznałem, że kończy się mój świat. Nie mogłem w to brnąć i się męczyć. Pojawia się inna generacja, do której trzeba umieć dotrzeć. W pracy z nią nie czułem się już jak ryba w wodzie. Ja jestem - typowym praktykiem, choć po AWF-ie, więc przygotowanie teoretyczne mam. Jednak doświadczenia praktyczne bardzo pomogły mi w pracy trenera. W hokeju coraz bardziej liczą się sprawy polityczne, sponsorskie... 

Wróciłem na stałe do Polski, to jest mój kraj. Wielu się dziwi, dlaczego zdecydowałem się wrócić ze Szwajcarii, ale tam zawsze jesteś obcym człowiekiem, a tu jesteś u siebie... To zasadnicza różnica: w Polsce czuję się najlepiej, więc tutaj wróciłem. Każdemu kto zechce mogę służyć moim hokejowym doświadczeniem. Przez te dwadzieścia kilka lat na obczyźnie spotkałem się z systemami i koncepcjami szwedzkimi, fińskimi, kanadyjskimi... Ale do tej pory nikt w Polsce nie chciał z tego skorzystać, co mnie dziwi. Zjechałem na emeryturę, nikt dotąd się nie odezwał. A bardzo dobrze czuję się w hokeju młodzieżowym, mógłbym pomóc w tworzeniu koncepcji szkoleniowych. W tej chwili hokej młodzieżowy w Polsce to ruina, nie mamy porządnej młodzieżowej ligi juniorów. Uważam, że aby opracować koncepcję rozwoju młodzieżowego hokeja w Polsce - potrzeba dwóch lat, żeby ludzi zebrać, wiem jak budowali to Finowie w chwilach własnego kryzysu młodzieżowego hokeja. Usiedli, spokojnie pogadali i dobierali ludzi przez dwa lata! W Polsce to niemożliwe... Polscy trenerzy są nieszkoleni, niewykorzystywani. Ludzie, którzy rządzą klubami są skupieni przede wszystkim na pierwszej drużynie. Właśnie rozmawiałem z selekcjonerem reprezentacji Robertem Kalaberem, który mówił mi, że już nie ma kogo powołać. Kiedy ta generacja, która teraz bardzo dobrze pokazała się podczas kwalifikacji olimpijskich w Bratysławie, odejdzie - kto ją zastąpi? Moim zdaniem nie ma następców. 

Mogę opowiedzieć, jak to wyglądało w Szwajcarii. Kiedy zacząłem w niej pracować, pukała do bram. Oni najpierw budowali hokej młodzieżowy. Liga juniorów w tamtym kraju tak naprawdę ochrania hokej szwajcarski. Stamtąd biorą zawodników. Mówiłem o tym przez ostatnie dwadzieścia lat i nikt mnie nie słuchał. Teraz niektórzy myślą, że ja wrócę i to zrobię, ot tak... i będziemy mieli wszystko. A to jest trudny, żmudny proces. A bez młodzieży, bez następców to my zginiemy. A tu włączam polską ligę i - jak mówię - wszyscy grają obcokrajowcami.

Rozmawiał i notował: Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje