Reklama

Reklama

Śmierć w oku kamery. Nikt nie porzucił swoich ambicji, by ratować mu życie

Kiedy umierał pod Mount Everestem, minęło go 40 osób. Nikt nie zrezygnował z wejścia na szczyt, by ratować mu życie. Śmierć Davida Sharpa była jednym z najtragiczniejszych wydarzeń w historii himalaizmu i mocno podzieliła całe środowisko, a także opinię publiczną.

Mount Everest to najwyższy szczyt świata, choć wcale nie najtrudniejszy. Jego legenda działa na wyobraźnię wszystkich, którzy kochają góry. Tej wyobraźni czasem jednak brakuje, co przynosi tragiczne skutki. Czasem przysłaniają ją pieniądze, czasem ludzkie słabości, a czasem niepohamowana ambicja, pchająca zdobywców w górę. Nawet po trupach.

Obsesja Everestu

Dla 34-letniego matematyka i nauczyciela góry były wielką pasją. Już w czasie studiów należał do klubu wspinaczkowego, a po ich zakończeniu zdecydował się na przedłużone, półroczne wakacje, podczas których wędrował z plecakiem po Ameryce Południowej i Azji. Jeszcze przed 30. urodzinami wybrał się na swoją pierwszą wyprawę do Karakorum, jednak nie udało mu się wtedy zdobyć Gasherbrum II. Ekipa prowadzona przez Henry’ego Todda zrezygnowała z wejścia na szczyt z powodu złej pogody.

Reklama

Powetował to sobie w pewnym sensie rok później, kiedy to wraz z grupą prowadzoną przez Richarda Dougana zdobył szczyt Czo Oju (8201 m.n.p.m). Już wtedy jednak poznał, jak niebezpieczne bywają góry. Jeden z członków zginął, spadając do skalnej szczeliny. Mimo to Sharp wraz z resztą osiągnął szczyt, zdobywając pierwszy w życiu ośmiotysięcznik.

Po wyprawie był chwalony przez Dougana, który oceniał go jako bardzo mocnego wspinacza. Dodawał jednak, że jest wysoki i szczupły, ma bardzo mało tkanki tłuszczowej, a ta, szczególnie w wysokich partiach gór, może być czasem kluczowa do przetrwania.

Marzeniem Sharpa były kolejne szczyty, a w szczególności Mount Everest. Najwyższa góra świata nie powitała go jednak z otwartymi ramionami. Pierwsza próba wejścia na jej szczyt w 2003 roku zakończyła się niepowodzeniem. Spośród członków ekipy, w której wspinał się Sharp, tylko dwóch, Dugan i Jamie McGuinness, zdobyło szczyt. Reszcie się to nie udało, a sam Sharp przypłacił to odmrożeniem kilku palców u stóp.

To go jednak nie zniechęciło i rok później wyruszył na kolejną wyprawę. I tym razem mu się nie powiodło, choć dotarł na wysokość 8500 m.n.p.m. Tam musiał zawrócić, choć kilku członków jego ekipy, w tym jej lider Hugues d'Aubarede zdobyło szczyt Francuz po wyprawie przyznawał, że nie do końca dogadywał się ze swoim angielskim kolegą, bowiem ten uparcie twierdził, że samotna wspinaczka, bez użycia dodatkowego tlenu, nie jest niczym nieodpowiedzialnym. Potwierdzają to zresztą wiadomości, które obaj wymieniali. Ostatecznie wtedy Sharp dał się przekonać i wtedy ustąpił, choć jak się później okazało, tylko na chwilę.

Do trzech razy...

Obsesja zdobycia Mount Everestu nie ustępowała i Sharp podjął trzecią próbę. Tym razem jednak postanowił wszystko zrobić po swojemu. Co prawda jego przyjaciel McGuinness zaproponował mu dołączenie do jego ekipy, ale Anglik odmówił. Zamiast tego postanowił skorzystać z oferty organizacji Asian Trekking, zapewniającej jednak tylko najbardziej podstawowy ekwipunek. Nie wymagała dużego budżetu, ale za to niosła ze sobą spore ryzyko. Sharp postanowił je przyjąć.

Agencja oferowała bardzo podstawową opcję, obejmującą transport helikopterem do obozu bazowego, a także przeniesienie za pomocą jaków jego ekwipunku. Za dodatkową opłatą mógłby liczyć na pomoc Szerpa, jednak Anglik postanowił nie skorzystać z tej opcji. Chciał wyjść na szczyt w swoim tempie, a na dodatek nie korzystać z dodatkowego tlenu. Zabrał go bardzo niewiele, tyle, ile miało wystarczyć do uratowania życia, gdyby zaszła taka potrzeba.

Spędził kilka dni w bazie, aby zaaklimatyzować się na wysokości, a potem ruszył w górę. Nie do końca wiadomo, kiedy rozpoczął atak szczytowy, bo nie poinformował o tym nikogo. Prawdopodobnie było to 14 maja. Zakłada się, że zdobył szczyt, bo kiedy go znaleziono, był już w trakcie schodzenia, które zaczął jednak bardzo późno. Przeraźliwy mróz i fatalne warunki zmusiły go do zatrzymania się na wysokości około 8500 m.n.p.m, niecałe 100 metrów nad obozem, w którym mógłby zaopatrzyć się w tlen. Sharp zużył cały swój zapas już wcześniej i teraz nie miał jak się ratować.

Anglik liczył na pomoc. Czekał, aż któryś z innych wspinaczy go uratuje. Na próżno.

Wyglądał, jakby zrobił sobie przerwę

Według różnych relacji, kiedy Sharp umierał, minęło go prawie 40 osób. Tłum, nawet patrząc na standardy Mount Everest, czyli szczytu który na przełomie lat zdobyło już kilka tysięcy osób. Niektórzy zresztą widzieli go nawet wracając ze szczytu i według relacji niektórych, Anglik wciąż żył. Znajdował się zresztą w miejscu, które zapisało się w czarnej historii Himalajów, czyli przy zw. "Zielonych Butach", gdzie leży zamarznięte ciało innego pechowego wspinacza, z bardzo charakterystycznym zielonym obuwiem.

Część wspinaczy tłumaczyła się, że go nie zauważyła, bo widoczność cały czas nie była zbyt dobra. Inni uważali, że to albo kolejny trup, albo że nie można mu już pomóc. Dwukrotnie minęła go turecka ekipa, która podzieliła się na trzy grupy podczas ataku szczytowego. Pierwsza z nich podczas podejścia napotkała Sharpa. Według nich wyglądał, jakby zrobił przerwę podczas wspinaczki i nawet niewyraźnie im machał. Z kolei druga część grupy, idąca później, uznała, że już nie żyje i nie podjęła próby ściągnięcia ciała na dół. To zrodziło teorię, że Anglik musiał zasnąć w międzyczasie.

Część tureckiej ekipy wczesnym rankiem zdobyła szczyt, inni musieli zawrócić z powodu kłopotów części himalaistów. I właśnie ta druga grupa schodząc, ponownie zauważyła Sharpa. Serhan Pocan, który wcześniej, mijając nieszczęśnika, uznał go za zmarłego stwierdził, że jednak Anglik wciąż żyje, ale jego stan jest fatalny. Nie miał już tlenu, a niektóre kończyny zupełnie odmrożone. Turcy podali mu coś do picia i oddali część swojego tlenu, ale sami musieli mieli go niezbyt dużo, a i część z nich również potrzebowała pomocy, dlatego musieli zostawić Sharpa. Pocan podał tylko przez radio komunikat do swoich przyjaciół schodzących ze szczytu, że potrzebna jest pomoc. Niestety dla Anglika, druga część tureckiej ekipy również nie miała zbyt wiele tlenu i dzieląc się z nim resztkami musiała go zostawić.

Sharpa minęła też druga ekspedycja, pod auspicjami Himexu, w której znaleźli się między innymi doświadczony wspinacz Mark Woodward, Max Chaya, Mark Inglis, który stracił obie nogi i wspinał się z protezami oraz kamerzysta Discovery Mark Whetu, kręcący film o wyprawie na Mount Everest Inglisa.

Oni zauważyli Anglika około 1 w nocy. Kiedy krzyczeli w jego stronę nie reagował, podobnie było, kiedy świecili w jego stronę latarką. Wciąż jednak oddychał. W ocenie Woodwarda było już za późno na pomoc, jego zdaniem Sharp był już w śpiączce wywołanej hipotermią i nic nie mogło mu pomóc. Decyzja o zostawieniu go nie była łatwa, ale mając na uwadze bezpieczeństwo członków swojej załogi Woodward postanowił zostawić leżącego bezwładnie angielskiego wspinacza.

Przed nimi szedł Chaya, który zdobył szczyt i dopiero schodząc zauważył Sharpa. Anglik cały się trząsł, nie miał tlenu i, tak jak relacjonowali to członkowie tureckiej ekipy, część jego kończyn było kompletnie odmrożonych. Po konsultacji z obozem Chaya również podjął decyzję, że nie jest mu w stanie pomóc.

Podczas zejścia druga część grupy Himexu, ponownie spotkała Sharpa. Szerpowie, wraz ze wspomnianą wcześniej częścią tureckiego ekipy, próbowali nawet podnieść Anglika, ale ten nie był bezwładny. Udało im się tylko przesunąć go na nasłonecznioną część.

Według relacji Jamiego McGuinessa, pomóc Sharpowi próbował również Dawa Szerpa z Arun Treks, który także podawał mu tlen. Niestety, mimo kilku prób, nie był w stanie postawić go na nogi i musiał go zostawić, żeby samemu nie stracić życia.

Śmierć w oku kamery

Sharp nie był ani pierwszym, ani ostatni himalaistą, który zginął na Mount Everest. Jego śmierć była jednak o tyle wstrząsająca, że obok niego przeszedł wręcz tłum wspinaczy, a nikt nie zdołał mu pomóc. Według relacji, kilka osób próbowało, ale albo było już za późno, albo źle ocenili sytuację, albo sami musieli się ratować, żeby nie podzielić jego losu.

Sporo krytycznych głosów pod swoim adresem usłyszał szczególnie Inglis, którego wyprawa była szczególnie medialna. Towarzyszyły mu między innymi kamery Discovery, ponieważ ta stacja kręciła film dokumentalny o jego wyjściu na najwyższy szczyt świata. Śmierć Sharpa została zresztą uchwycona przez kamerę umieszczoną na głowie jednego z Szerpów, który przypadkowo nagrał przez moment konającego Anglika.

Pierwszy w historii zdobywca Mount Everestu sir Edmund Hillary w rozmowie z "New Zealand Herald" grzmiał, że to przerażające, w jakim kierunku rozwinął się himalaizm. - Ich priorytetem jest zdobycie szczytu. Fakt, że członek innej ekipy cierpi, jest dla nich drugorzędny. Dzieje się bardzo źle, jeśli człowiek kona pod skałą, a my ograniczamy się tylko do uchylenia rąbka kapelusza i powiedzenia mu "dzień dobry" - mówił Nowozelandczyk.

W podobnym tonie wypowiedział się będący w tym czasie pod Mount Everestem David Watson. Jego zdaniem tragiczny był fakt, że tak naprawdę nikt z ludzi będących w otoczeniu Sharpa nie zainteresował się jego losem i nie był nawet świadomy jego kłopotów. Być może, gdyby było inaczej, los Anglika nie byłby tak tragiczny.

Część ekspertów wskazuje jednak również na to, że sam David Sharp popełnił sporo błędów, które były główną przyczyną jego tragicznej śmierci. Nieodpowiednie przygotowanie, świadoma rezygnacja z dodatkowego tlenu czy towarzystwa Szerpów, oszczędności i podejmowanie niepotrzebnego ryzyka. To wszystko było po jego stronie. Jego przyjaciele zresztą sugerowali, że był świadom tego, jak ta wyprawa może się skończyć i nie chciałby być ratowany za wszelką cenę.

Mimo wszystko trudno odmówić racji Hillary’emu, który potępiał obojętność na los drugiego człowieka, nawet na tak dużej wysokości. Być może, gdyby którykolwiek ze wspinaczy atakujących szczyt zrezygnował z własnych ambicji dla ratowania Sharpa, ten wciąż by żył? Tego się już nie dowiemy.

Żalu nie miała za to matka Sharpa Linda. Kiedy "Sunday Times" zapytał ją o fakt, że tak wielu ludzi minęło pod Mount Everest jej syna, odpowiedziała: - Twoją odpowiedzialnością jest uratowanie samego siebie. Nie próba ratowania innych". 


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama