Reklama

Reklama

Największa tragedia polskiego himalaizmu i bohaterska akcja ratunkowa

Rok 1989 był dla naszego kraju przełomowy, ale polski himalaizm doznał wtedy niezwykle bolesnego ciosu. Dokładnie 27 maja miała miejsce jedna z największych tragedii w historii, w której zginęło pięciu polskich wspinaczy, a tylko jeden z nich przeżył, w dużej mierze dzięki brawurowej akcji ratunkowej Artura Hajzera.

Wyprawa, której kierownikiem był Eugeniusz Chrobak, zakładała pokonanie tzw. drogi jugosłowiańskiej na Mount Everest. To długa, trudna trasa, prowadząca zachodnią granią przez południową część masywu Khumbutse (6636 m n.p.m.) i przełęcz Lho La (6026 m n.p.m.). Była bardzo dobrze zaplanowana i zakładała stosunkowo mozolne, cierpliwe wspinanie się na szczyt. Siły przyrody jednak po raz kolejny pokazały, jak słaby wobec nich jest człowiek.

Sekundy radości

W wyprawie brała udział międzynarodowa grupa himalaistów. Poza wspomnianym Chrobiakiem byli to: Andrzej Heinrich, Wacław Otręba, Mirosław Dąsal, Mirosław Gardzielewski, Andrzej Marciniak, Jacek Jezierski, Marek Roslan, pełniący funkcję lekarza, Janusz Majer i kilkoro wspinaczy z zagranicy, w tym Carlos Carsolio, Meksykanin, który jako ostatni widział Wandę Rutkiewicz, czy Brytyjczyk Henry Todd.

Reklama

Plan zakładał, by przejść przez grań Khumbutse (6636 m n.p.m.) na jej drugą stronę, a następnie zejść na przełęcz Lho La. I stamtąd rozpocząć atak na szczyt. Tam też, 1 kwietnia, został założony obóz I na wysokości 5850 m n.p.m. Wszystko, tak jak planowano od samego początku, szło bardzo powoli, a na domiar złego pod koniec kwietnia zaczęła nieco psuć się pogoda i duża część grupy wróciła do bazy, choć w obozie numer III (7200 m n.p.m.) zostali Heinrich i Chrobak. I to ta dwójka 11 maja założyła obóz V na wysokości  8000 m n.p.m.

Pierwszy próbę zdobycia szczytu podjął Carsolio, ale zarówno ta, jak i kilka kolejnych, zakończyła się niepowodzeniem. 24 maja w kierunku szczytu wyruszyli Eugeniusz Chrobak i Andrzej Marciniak. Mimo świecącego mocno słońca i dotkliwego mrozu udało im się wejść na szczyt około godziny 20. Spędzili tam jednak tylko kilkadziesiąt sekund, bo jak wspominał w późniejszym wywiadzie dla Polskiego Radia Marciniak, jego partner nie pozwolił mu nawet usiąść, bo byli skrajnie zmęczeni i mieli niewiele tlenu, dlatego od razu ruszyli w dół do obozu V. 

"Zrozumiałem, że zostaliśmy we dwóch"

Na spotkanie schodzącym kolegom wyszli Heinrich i Otręba, a w I obozie spotkali się z Dąsalem i Gardzielewskim. Cała szóstka rozpoczęła zejście do bazy, pomimo skrajnie trudnych warunków. Udało im się dojść do zbocza Khumbutse. Kiedy rozpoczęli podejście do grani, zeszła potężna lawina, która zabrała ze sobą himalaistów.

Jedynym, który nie został całkowicie przysypany, był Marciniak, który rozpoczął poszukiwania kolegów. Pierwszym, którego odnalazł, był Heinrich, ale niesamowicie cierpiał z bólu, a jego kolega miał obawy, że ma złamany kręgosłup. Później trafił na ciała Dąsala i Gardzielewskiego, którzy już nie żyli. Usłyszał też krzyki uwięzionego na linie Chrobaka, który jednak był w szoku i nie do końca rozumiał, co się dzieje.

- Wtedy zrozumiałem, że zostaliśmy we dwóch. Ja i Gienek. Dotarłem do niego, ale on był w szoku, praktycznie nie reagował na moje słowa - wspominał Marciniak w rozmowie z Polskim Radiem. Udało mu się nawiązać połączenie z bazą i przekazać informacje o ich położeniu.

Niestety Chrobak nie wytrzymał nocy. Był zbyt osłabiony i Marciniak został sam. Miał masę szczęścia, bo choć prawie stracił wzrok, udało mu się znaleźć namiot i trochę jedzenia. Nie było jednak mowy, by sam zaczął schodzić w dół.

Czytaj także: Gwiazda chciała spełnić swoje marzenia. Wywołała wielki skandal

Król Nepalu na pomoc

Potrzebna była akcja ratunkowa, choć całe przedsięwzięcie wydawało się z góry skazane na niepowodzenie. Głównie przez mnóstwo procedur, przez które trzeba było przejść, ale przede wszystkim przez czas, którego było naprawdę mało. Właściwie zbyt mało, aby mogło się udać.

Z bazy po Marciniaka wyruszyła czwórka wspinaczy, na czele z Carsolio, ale z powodu trudnych warunków atmosferycznych musieli zrezygnować. Jedyną szansą ratunku dla osamotnionego Polaka było podejście od strony chińskiej.

Pomoc swoim kolegom organizował Artur Hajzer, który był z nimi na początku wyprawy, ale potem przeniósł się na Lhotse, gdzie na zaproszenie słynnego Reinholda Messnera wraz z Krzysztofem Wielickim uczestniczył w prestiżowej akcji zdobycia tego szczytu, zakończonej ostatecznie niepowodzeniem.

Hajzer poruszał niebo i ziemię, by przygotować akcję ratunkową. Zaangażował kilka ambasad, helikopter miał użyczyć nawet król Nepalu. Jednak władze Chin, borykające się z problemami wewnętrznymi i strajkami studentów, trwały już wtedy protesty na placu Niebiańskiego Spokoju, zażądały od Nepalczyków wrażliwych danych o łączności, których ci nie chcieli przekazać. Kiedy wydawało się, że wszystko rozbije się o biurokrację, jedna ze znajomych Hajzera zasugerowała, że niemal do samej bazy pod Everestem, od strony Chin, da się podjechać samochodem.

Podróż trwała 50 godzin! Bez żadnej przerwy, bo czas przeraźliwie się kurczył. Niemal natychmiast po dojechaniu Hajzer oraz dwóch Nowozelandczyków Gary Ball i Robert Hall i dwóch Nepalczyków Ang Zambu Szerpa i Shiva Prasad Katel, rozpoczęli wspinaczkę.

Okulary z opakowań po lekach

Kiedy Hajzer walczył jak lew, by zorganizować akcję ratunkową, dramat w górach przeżywał Marciniak, któremu powoli kończyły się zapasy. Kiedy nie jadł już dwa dni, postanowił ruszyć w dół, żeby dać sobie szansę przeżycia. Cień szansy.

Cały czas praktycznie nie widział, ale zrobił sobie "okulary" z opakowań po lekach, zapewniająca niewielką ochronę przed słońcem i wyszedł z namiotu. Nie chciał biernie czekać na śmierć.

Tymczasem Hajzer i jego kompani ruszyli w górę. Kiedy z daleka widzieli już Marciniaka, zaczęli krzyczeć, ale ten, słysząc głosy, był przekonany, że ma halucynacje. Nie wierzył, że udało się zorganizować pomoc. Kiedy jednak usłyszał: "To ja, Artur, przyszliśmy po Ciebie. Jesteś uratowany" - uwierzył.

Wieczorem bezpiecznie dotarli do bazy, a Marciniak na długie lata zrezygnował ze wspinaczki. Żył głównie dlatego, że Artur Hajzer wykazał się niebywałą determinacją, najpierw organizując akcję, a potem ją przeprowadzając. Wielu himalaistów ocenia się głównie po liczbie zdobytych szczytów. Hajzer należy do tych wyjątków, których nazywa się bohaterami nie tylko z tego powodu.

Andrzej Marciniak w 1996 roku zdobył Annapurnę. W 2009 roku zginął jednak w słowackich Tatrach, gdzie odpadł od bloku skalnego, który następnie go przygniótł. Raz udało mu się wyrwać ze śmierci w górach. Te jednak upomniały się o niego ponownie.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL