Reklama

Reklama

Marcin Miotk: Samotny atak był największym wyzwaniem

Marcin Miotk to jedyny Polak, który zdobył Mount Everest bez użycia dodatkowego tlenu. Dokonał tego samotnie i to mimo tego, że część jego sprzętu zaginęła przed atakiem szczytowym. Po tym sukcesie brał jeszcze udział w wyprawach na K2 i Dhaulagiri, ale zdecydował się zwolnić górskie tempo z powodów rodzinnych. W rozmowie z Interią deklaruje, że jeszcze wróci w wysokie góry.

Skąd w Polakach tak duże zamiłowanie do wysokich gór?

To się trochę bierze z historii. Zawsze mieliśmy szczęście do dużych osobowości w górach i wielkie sukcesy. Wymienię chociażby Jerzego Kukuczkę, który był bohaterem narodowym, w 1987 roku zajął nawet drugie miejsce w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" na najlepszego sportowca naszego kraju. Ta moda i zainteresowanie górami ostatnio mocno się zintensyfikowały, między innymi przez walkę o pierwsze zimowe wejście na K2, ale tak naprawdę jest cały czas. Ostatnie lata, media społecznościowe i szybsza komunikacja spowodowały, że stało się to, jak niektórzy mówią, naszym sportem narodowym. 

Reklama

A dlaczego tak bardzo interesują nas szczególnie te zimowe wyprawy?

Wydaje mi się, że są dwie przyczyny. Po pierwsze mówimy o czymś niewyobrażalnie trudnym. Żeby postawić zimowe wejście na K2 w pewnej perspektywie, warto powiedzieć, że ludzie byli na księżycu, wysłali sondę na Marsa, a ludzka stopa nie stała zimą na tym szczycie. To pokazuje, jak trudne to było wyzwanie, które rozpalało wyobraźnię. Po drugie, te wyprawy w zimie przypadają w okresie, kiedy ludzie spędzają więcej czasu w domach, śledzą media społecznościowe, a na dodatek wtedy tych wypraw w Himalaje jest mniej. W skali świata można policzyć je na palcach jednej ręki, co powoduje, że na nich skupia się uwaga, a latem jest ich tyle, że nie da się wszystkiego śledzić.

A jak Pan zaczynał swoją przygodę z górami?

Przeszedłem dość tradycyjną ścieżkę rozwoju. Wspinałem się na skałkach, potem wspinałem się w Tatrach, najpierw latem, a potem zimą. Zrobiłem wszystkie wymagane kursy, a dopiero potem pojechałem w Alpy, Kaukaz, Andy, a dopiero na końcu w Himalaje.

Długo trwały przygotowania przed pierwszą wyprawą na ośmiotysięcznik?

W 1999 roku byłem na wyprawie na Sziszapangmie, która ma 8013 metrów npm. Przed każdą wyprawą intensyfikuje się przygotowania, człowiek więcej się wspina, buduje wydolność, ale nie da się wstać zza biurka i przygotować na wejście na ośmiotysięcznik. Moje przygotowania trwały osiem lat, od kiedy zacząłem się wspinać, jeździłem w Tary, w Alpy, zdobywałem doświadczenie. To jest trudne pytanie, które często słyszę w kontekście zdobycia Mount Everestu. Są dwie skrajne odpowiedzi. Mogę powiedzieć, że przygotowywałem się do wejścia na najwyższy szczyt świata 10 lat, od początku mojej przygody. A z drugiej strony mogę odpowiedzieć, że nie przygotowywałem się w ogóle, bo cały czas byłem w rytmie wspinaczkowym. To jest podobnie jak w innych dyscyplinach. Jeśli sportowiec jest w rytmie przygotowań, przed dużą imprezą raczej szlifuje formę niż ją buduje.

Jest Pan pierwszym i jedynym Polakiem, który zdobył Mount Everest bez dodatkowego tlenu. Co więcej, zrobił to Pan samotnie, bez pomocy Szerpów. Skąd taka decyzja?

Podczas poprzednich swoich wypraw na ośmiotysięczniki zaobserwowałem, że dobrze się aklimatyzuję i jeśli trochę jeszcze popracuję nad wydolnością, będę w stanie wejść na Everest bez dodatkowego tlenu. Fakt, że wchodziłem sam, bez Szerpów, wziął się z okoliczności, w których atakowałem ten szczyt. W tym samym sezonie brałem udział w ataku na południową ścianę Annapurny i po zakończeniu wyprawy, kiedy nie udało nam się wejść na szczyt, pojechałem do bazy pod Everestem. To była zupełna końcówka sezonu, początek czerwca. No i miałem do wyboru albo wyjście samotne bez Szerpów, albo w ogóle. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, wyjście bez tlenu było bardzo trudne fizycznie, ale samotny atak był chyba jeszcze większym wyzwaniem. Nie mogłem na nikogo liczyć, musiałem uważać podwójnie. Jeśli idzie się w dwójkę, dzieli się pracę i ciężar, a samemu wyglądało to znacznie trudniej.


Dodatkowy tlen jest jak doping?

Doping ma w polskim języku znaczenie negatywne. Ja bym tego nie nazywał dopingiem. To jest w moim mniemaniu inna dyscyplina. Prawdziwi sportowcy nie używają dodatkowego tlenu. Aczkolwiek moim zdaniem większy problem jest w tym, kto jak przedstawia swoje osiągnięcia. Wiele osób wchodzi na szczyt z tlenem i zataja ten fakt. I te wyjścia traktowane są na równi z wyjściami bez tlenu. Jeśli ktoś jest turystą, prowadzi jakąś firmę i ma marzenie, żeby wyjść na ośmiotysięcznik, jest w stanie za to zapłacić i chce wziąć tlen, żeby czuć się bezpiecznie, nie widzę w tym problemu. Oczywiście, jest to jakaś komercjalizacja gór, ale to nieuniknione. Góry nie są na wyłączność. Gorzej, jak ktoś używa tlenu podczas wejścia na szczyt lub zejścia do bazy, a potem robi z tego osiągnięcie porównywalne z lądowaniem na Marsie. To jest nie fair.

Wielu nie podoba się, że wyjścia na Everest stały się niemal masowe. Jak Pan na to patrzy?

Oczywiście też mi się to nie podoba. Ja akurat miałem szczęście być na kilku wyprawach, gdzie tego zjawiska nie było. Teraz ta komercja jest wszechobecna, zresztą już nie tylko pod Everestem, ale i na innych ośmiotysięcznikach. Możemy się na to obrażać, krytykować, ale jak spojrzymy na inne turystyczne miejsca, to jest coraz większy ruch i to raczej nieuniknione. Jest to taki trend, element dzisiejszego świata. Aczkolwiek wydaje mi się, że rząd Nepalu powinien wprowadzić pewne ograniczenia, chociażby po to, żeby nie doszło do wypadków związanych ze zbyt dużą liczbą wspinaczy. I tak trochę się dzieje, choć to bardzo biedny kraj, dla nich każdy turysta jest na wagę złota, bo on przywozi dolary i ludzie dzięki temu mają pracę. To nie jest jednowymiarowy temat.

Wróćmy jeszcze do pańskiego wyjścia na Everest. Tuż po wyprawie mówił, Pan, że to gotowy scenariusz na film sensacyjny...

To, że wchodziłem sam, bez tlenu, to jedna sprawa. Druga jest taka, że podczas tego wejścia zginęło mi sporo rzeczy, części ubioru, latarka. Zostałem bez bardzo ważnych rzeczy. Z pierwszego ataku szczytowego się wycofałem, bo było za zimno. I część sprzętu zostawiłem w obozach, zamierzając później z nich korzystać podczas drugiego ataku. Okazało się, że to wszystko "zginęło". No i wchodziłem na szczyt bez latarki, z mocno przerzedzonym sprzętem. Nie mogłem wyjść w górę tak jak wszyscy, musiałem czekać do godziny 5 rano, kiedy ludzie meldują się na szczycie wraz ze wschodem słońca. Na dodatek mój telefon satelitarny się rozładował. Miałem po drodze mnóstwo przygód, każda z nich wskazywała na to, że nie powinienem wchodzić. Jednak parłem do góry, mimo przeciwności i jakoś to się udało.

Mówi Pan, że te rzeczy zginęły, choć trzeba powiedzieć wprost, że ktoś je po prostu zabrał.

Zostały zabrane. Nie chcę mówić, że ktoś je ukradł. To była końcówka sezonu i ktoś mógł pomyśleć, że nikt po te rzeczy nie wróci. Aczkolwiek to nie było tak, że nikt na górze nie został, dlatego byłem bardzo zły na całą tę sytuację. Jakby mi w Warszawie ktoś ukradł latarkę, to bym się zdenerwował. W Himalajach to był jednak element przetrwania...

Po wyprawie bardzo narzekał Pan na Szerpów.

Wychodziłem z takiego założenia, że znając tamtejsze warunki, żaden wspinacz z Zachodu nie zabrałby innych rzeczy, bo walczy o każdy oddech i raczej nierealne jest, żeby mając swój ekwipunek zabierał jeszcze dodatkowy ciężar. Jedynymi, którzy mogli to zrobić, byli Szerpowie. Z drugiej strony, w każdej grupie trafiają się czarne owce. Widocznie miałem pecha. Dlatego nie twierdzę, że wszyscy są źli, zresztą czas leczy rany i trochę mi przeszło, choć w tamtym momencie byłem bardzo rozgoryczony, bo ta sytuacja zagrażała mojemu życiu.

Mimo wszystko typował Pan, że to właśnie Szerpowie jako pierwsi wejdą na K2 zimą.

Oceniałem to realnie. To jest trochę tak, jak kibicowanie piłkarskiej reprezentacji. Chciałoby się, żeby mistrzostwa świata wygrała Polska, ale rozum podpowiada co innego. Tutaj tez serce chciało, żeby Polacy zdobyli K2, ale rozum podpowiadał, że nie mamy aż tak szerokiego zastępu wspinaczy, żeby razem mogli zdobyć tę górę. To wyjście pokazało, że nie wystarczą dwie-trzy dobre osoby, musi to być zespół ośmiu i więcej silnych wspinaczy, żeby to się udało. I patrząc na to oceniałem, że mogą to być tylko Nepalczycy albo ewentualnie Rosjanie. Dlatego cieszę się, że im się udało. I trochę też z tego, że ten wyścig się skończył. Bo ta gorączka sięgała zenitu. Dobrze, że ten temat się już zakończył.

Po tym, jak na świecie pojawiły się dzieci, wycofał się Pan nieco z himalaizmu i w przeciwieństwie do Denisa Urubko, trzyma się tej decyzji. Wróci Pan jeszcze kiedyś w wysokie góry?

Na pewno! Staram się być w dobrej formie. Góry to jest pewien narkotyk, mam swoje cele wspinaczkowe. Wydaje mi się, że jeszcze na jakiś ośmiotysięcznik wejdę. Zresztą to nie jest tak, że zrezygnowałem zupełnie, po prostu nie jeżdżę na takie większe wyprawy, ale w międzyczasie wspinałem się i w Tatrach i w Alpach. Zrezygnowałem tylko z kilkumiesięcznych wypraw. Górskie marzenia jeszcze mam i może powoli przyjdzie czas, żeby je jeszcze realizować.

Czy zdobycie Everestu sprawiło, że postanowił Pan pójść drogą trenera motywacyjnego?

Trochę tak, aczkolwiek obecnie to raczej hobby niż praca. Zebrałem bagaż doświadczeń zawodowych, że sprawiało mi dużą frajdę pomagać innym ludziom, motywować ich do osiągania własnych celów. Wiele osób ma dużo planów, postanowień, szczególnie w okresie noworocznym, ale później z ich realizacją wygląda to różnie. A tak naprawdę, jeśli podejdziemy do tego w sposób usystematyzowany, z wiarą w siebie, jesteśmy w stanie dużo osiągnąć. Mam dużą satysfakcję z tego, że ludzie to mnie dzwonią i pytają o porady. Potem jest radość, kiedy widzi się, że ta ludzie dzięki moim wskazówkom osiągnęli swój cel. Zapraszam na stronę miotk.pl po więcej informacji.

Odpowiednią motywację może Pan pokazywać zresztą na własnym przykładzie, bo startuje w Ironmanach, a pływać nauczył się po 40. urodzinach.

To też jest przykład, że nigdy nie jest za późno. Bardzo trudno mając ponad 40 lat nauczyć się pływać i to nie tak, żeby przepłynąć trzy długości basenu, tylko rzucić się do oceanu na duże fale i przepłynąć 4 kilometry, bo taki dystans pływa się w pełnym triathlonie. To wymagało dużo samozaparcia, ta nauka nie szła tak, jakbym chciał, ale jeśli na czymś nam zależy, w coś wierzymy, to musi się udać. Jest takie powiedzenie, że im więcej ludzi mówi ci, że się nie da, tym bardziej powinieneś próbować.

Ma Pan jeszcze jakiś Everest przed sobą?

Tak! Jestem osobą, która swoje marzenia na najbliższe kilka lat ma jasno sprecyzowane i staram się je spełniać. Tak że tych "Everestów" jest kilka. Jednym z nich jest powrót w wysokie góry, choć są też inne rzeczy. I powoli będę je realizował! 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama