Reklama

Reklama

​Jak przeżyć pandemię i nie zwariować. Mówi Andrzej Bargiel

- Koronawirusa przeszedłem ciężko. Nigdy w życiu tak nie chorowałem. Potem było sześć tygodni izolacji. Sport był drogą powrotu do normalności - mówi Interii Andrzej Bargiel, który w 2018 roku jako pierwszy człowiek zjechał na nartach z K2.

Dariusz Wołowski, Interia: Fascynuje mnie twój rekord biegu na najwyższy szczyt Europy Ebrus. 3242 metry przewyższenia: start na 2350 m n.p.m., meta na 5642. W 2010 roku poprawiłeś osiągnięcie Denisa Urubki o 32 minuty, uzyskując czas 3:23,37. Wynik przetrwał dekadę, dopiero we wrześniu 2020 roku został pobity.

Reklama

Andrzej Bargiel: - Rekord nie był w ogóle moim celem. Razem z Arturem Hajzerem wybraliśmy się w podróż "za jeden uśmiech". Wydaliśmy na nią koło 1000 zł. Pojechaliśmy busem do Przemyśla, a od granicy Rosji jakimś zdezelowanym pociągiem. Przejazd trwał bardzo długo. Startując w biegu chciałem sprawdzić, jak szybko jestem w stanie poruszać się na dużych wysokościach. To był dla mnie sprawdzian, trening do narciarskich wyzwań w wysokich górach. Sam się dziwię, że wynik przetrwał tyle lat. Czasy się zmieniają, sprzęt jest coraz lepszy. Po śniegu biega się dziś w butach z kolcami. Rosjanin Witalij Szkieł, który jest nowym rekordzistą, jeździł na Elbrus dwie dekady. Najpierw mierzył się z czasem Urubki, potem moim. Wreszcie mu się udało. Ja tego nie śledziłem, ale zaraz mi o tym powiedziano. Fajnie, że zrealizował swoje marzenie.

Ty wybrałeś narciarstwo wysokogórskie. Teraz zachęcasz ludzi do skiturów. Akcja "Szybka Tura" to bieg na nartach z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Dobrze wyczytałem, że zajęło ci to 48 minut?

- 48 minut to wynik uzyskany inną drogą. W "Szybkiej Turze" trzeba ją było wydłużyć, poprowadzić starą trasą zjazdową do Doliny Gąsienicowej, a potem na szczyt. Chodzi o to, żeby ci, którzy podbiegają na Kasprowy nie byli w kolizji ze zjeżdżającymi. Tę nową trasę można pokonać w godzinę z haczykiem. W najbliższy weekend mam zamiar to sprawdzić. Oczywiście, wszystkich zachęcam wyłącznie do bicia osobistych rekordów. Czy ktoś wbiegnie w godzinę czy w trzy, liczy się frajda i satysfakcja. Czasy są ciężkie. Pandemia uwięziła nas w domach. Chodzi o to, żeby się ruszyć, poczuć trochę endorfin, chęci do życia.

Jak wziąć udział w "Szybkiej Turze"?

- Na stronie mojego sponsora można pobrać aplikację z trasą. Przebiec ją, zapisać wynik. I czekać na rozdanie nagród.

Skituring to moda, czy coś więcej?

- Kiedyś, gdy widziałem człowieka biegnącego w górę na nartach, to na pewno był mój znajomy. Poznawałem go z daleka po sprzęcie. Dziś biegają tysiące Polaków. Skituring daje poczucie wolności. Nie jesteśmy krajem alpejskim. Infrastrukturę mamy biedną. Narciarze stoją w kolejkach pod wyciągami i się irytują. A jeszcze w pandemii wyciągi zostały zamknięte. Gdy zakładasz narty na dole i sam wbiegasz na górę, jesteś niezależny. Nie trzeba się pchać w tłum, co w czasach koronawirusa jest i zabronione i niebezpieczne. Sam sobie w górach jesteś panem. Trzeba tylko zachować ostrożność.

Kiedy w 2018 roku zjechałeś na nartach z K2 usłyszałem, że Bargiel jest jak Eskimos, zna 50 rodzajów śniegu. Prawda?

- Analizowanie warunków to dla narciarza wysokogórskiego warunek bezpieczeństwa. Jeśli chce się przeżyć zjazd na nartach z K2, trzeba dokładnie zaplanować trasę. Podejście to zdecydowanie mniejsza część zadania. Musisz wiedzieć, którędy zjeżdżać, znać warunki, jakie będą tam panowały dokładnie o tej konkretnej godzinie. Nie chodzi tylko cztery tysiące metrów różnicy w wysokości. Amplituda temperatury to około 50 stopni. Na szczycie jest minus 35, w bazie można biegać w koszulce z krótkim rękawem.

Co czułeś, gdy w plebiscycie na sportowca roku 2018 w Polsce zająłeś ósme miejsce.

- Zdumienie. Oczywiście, było mi bardzo przyjemnie, ale ja nie uprawiam konkurencji, którą kibic może śledzić w telewizji. Nie należę do żadnego klubu, nie jestem ani w Polskim Związku Narciarskim, ani Polskim Związku Alpinizmu. Zawsze myślałem, że tym co robię interesuje się garstka ludzi i tylko oni potrafią to docenić. Już sama nominacja w plebiscycie była dla mnie zaskoczeniem. Fajnie.

Czym jest sport dla ciebie?

- Odpoczynkiem. Relaksem. Frajdą. Wychowałem się na wsi w rodzinie z dziesięciorgiem rodzeństwa. Po całym dniu pracy marzyłem, żeby znaleźć wolną chwilę i pobawić się w sport. Odpoczywałem w biegu.

Ostatni czas nie był dla ciebie łatwy?

- Nie. Nie mogę powiedzieć, że koronawirus jest podobny do zwykłego przeziębienia. Przechodziłem go ciężko. Miałem kłopoty ze złapaniem powietrza. Nigdy w życiu tak nie chorowałem. Do tego doszło sześć tygodni w izolacji, bo ówczesny minister zdrowia pojechał na wakacje, a potem podał się do dymisji. Kwarantanna mi się przez to znacznie wydłużyła. Chciałem przestrzegać reżimu sanitarnego. Drogą powrotu do normalności był ruch, sport, choć na początku byłem bardzo słaby. Krok po kroku wracałem jednak do siebie.

Pandemia ma tę dodatkową wadę, że ludzie siedzą zamknięci w domach od roku, co nie działa dobrze na ich psychikę.

- Dla mnie wyjście z domu po kwarantannie było jak koniec wyroku. Ruch, przestrzeń, narty - chociaż z daleka mogłem popatrzeć na innych. To jest bezcenne. "Szybką Turę" wymyśliliśmy już rok temu, ale storpedowała ją pandemia. Teraz jest drugie podejście. Marzyłem o tym, że będę mógł się spotkać z ludźmi, którzy wezmą udział w akcji. Zaprosić ich gdzieś, poznać. Ale w tej sytuacji sanitarnej nie będzie to możliwe. Im trudniej nam jest, tym więcej to wszystko wymaga starań. Ruch poprawia jakość życia, co dziś ma szczególne znaczenie. Sam to przeżyłem.

Jak zachęcić do odejścia sprzed komputera pokolenie, któremu ekran monitora przesłania świat?

- Na pewno nie należy prawić im kazań. Ja zachęciłem do nart wielu znajomych, po prostu zabierając ich w góry. Wystarczy tego spróbować, żeby to pokochać. Słowa nie są potrzebne.

Czujesz się już na tyle dobrze, żeby planować kolejne wyprawy? Wracasz do pomysłu, by zjechać na nartach z Everestu?

- Czuję się lepiej i mam na oku pewien piękny szczyt, doskonały do realizacji planów. Everest obserwuję. Serak, który zagrażał nam w 2019 roku, już się urwał, więc sytuacja się znacząco poprawiła.

Na K2 jeździłeś dwa razy. Za pierwszym się nie udało, ale rok później mogłeś wykorzystać doświadczenie i trasę, którą w 2017 roku przygotowywaliście.

- Nie wiem, czy będzie możliwość powrotu na Everest tej jesieni. Ale tego nie wykluczam. Niech się tylko skończy ta pandemia, bo dziś planowanie czegokolwiek jest trudne.

Rozmawiał Dariusz Wołowski

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje