Reklama

Reklama

Wołowski: Ojciec Barcelony

Właściwie miał nie grać, co najmniej z dwóch powodów. Zagrał, zdobył hat-tricka ratując Barcelonę w najbardziej kuriozalnym meczu roku.

Reklama

Podobno w drodze do La Corunii Leo Messi, co chwilę zerkał na telefon komórkowy. Gdyby się odezwał, miał zamiar natychmiast wracać do Barcelony. Do stolicy Katalonii zjechała rodzina Argentyńczyka, oczekując przyjścia na świat jego syna Thiago. Piłkarz koniecznie chciał być przy narodzinach. 

Właściwie miało być jak z Getafe, kiedy po powrocie z meczów kadry Messi usiadł na ławce, wchodząc do gry na ostatnie pół godziny. Nie przeszkodziło mu to zdobyć dwóch goli. Wczoraj, w La Corunii spędził na placu gry 90 minut. Wydawało się, że po 18 minutach Tito Villanova mógł zdjąć go z boiska, bo po błyskotliwych asystach Cesca Farbregasa, Barca prowadziła 3-0. Czyżby jakimś siódmym zmysłem trener przeczuwał, że "zabawa" dopiero się zaczyna?

Bez względu na błędy arbitra, defensywa Barcy wygląda na najmniej solidną w całej Primera Division. Walory ofensywne Jordiego Alby i Aleksa Songa, a chwilami także Javiera Mascherano przewyższają kilka razy ich potencjał defensywny. To stwarza obraz zespołu niespójnego, rozpadającego się na dwie części, zdobywającego bramki z wielką łatwością, by jeszcze łatwiej trwonić to, co wywalczył. Do tego Victor Valdes zupełnie bez formy, w ostatnich kilku latach nigdy nie trzeba było zrobić tak niewiele, by wbić gola Barcelonie.

Akurat przed 8. kolejką spotkań Primera Division wirus FIFA zdziesiątkował defensywę Realu Madryt. Zagrała z Celtą bez Marcelo, Coentrao i Arbeloy, w dodatku kontuzjowany był defensywny pomocnik Sami Khedira, mimo wszystko Ikera Casillas ani razu nie wyjmował piłki z siatki.

Zobacz wyniki, strzelców bramek, tabelę i terminarz Primera Division

Bohaterem dnia w Primera Division był jednak Messi, toczący swoisty pojedynek nie tylko z obrońcami Deportivo, ale i ze słabością własnej obrony. Ilekroć Valdesowi, Albie, czy Mascherano udało się coś sknocić, Argentyńczyk naprawiał to kolejnym golem. Nie odpowiedział tylko na samobójczy strzał Alby na 4-5, bo ten zwariowany mecz się skończył.

W tym roku kalendarzowym Argentyńczyk zdobył już 71 bramek, o jedną więcej niż w najlepszym pod tym względem 2010. Strzelił 59 goli dla klubu i 12 dla Argentyny. Dziennik "Marca" przyrównuje go do Pelego, który w 1959 roku trafił do siatki 75 razy (66 dla Santosu i 9 dla Brazylii). Jakie jeszcze legendy z przeszłości trzeba przywołać, by mieć do kogo odnieść dokonania Argentyńczyka?

W La Corunii Messi omal nie zdobył czwartego gola. Z rzutu wolnego: piłka po jego strzale trafiła w słupek. Staje się to kolejną specjalnością Argentyńczyka, w tym sezonie już dwa razy nie dał szans Casillasowi. Prasa hiszpańska donosiła, że do wykonywania rzutów wolnych zachęcał go Vilanova, w czasach, kiedy Messi był zbyt nieśmiały, by sam się zgłosić. Nauki pobierał u Ronaldinho, ale przede wszystkim u Deco. Mieli taką wspólną zabawę: zostawali po treningach i strzelali wolne bosymi stopami. Messi twierdził, że tak jest nie tylko zabawnie, ale i wygodnie. Z czasem stopy przestawały boleć.

Dziś ból czują przede wszystkim bramkarze i obrońcy rywali. Pozostaje jednak pytanie: ile razy jeszcze Argentyńczyk będzie musiał ratować drużynę z Katalonii? Niby to jego obowiązek, za to bierze pieniądze, ale przecież kiedyś zdarzy się taki mecz jak półfinał poprzedniej edycji Champions League przeciw Chelsea. Co się stanie, gdy Barcelonę zawiodą w końcu małe, argentyńskie stopy? Stopy ojca, który wciąż wygląda na dziecko.

Autor: Dariusz Wołowski

Porozmawiaj o artykule na blogu Darka Wołowskiego

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje