Reklama

Reklama

Zdruzgotany atak pozycyjny

O ile po przegranym Euro 2008 hasło "Leo why?" lansował tylko ekspert Polsatu Wojciech Kowalczyk, to dzisiaj można je było usłyszeć nawet z ust kilkuletnich chłopców - adeptów szkółki piłkarskiej Śląska Wrocław.

Nie mam pretensji do Leo o to, że Polska z roku na rok ma coraz słabszy potencjał piłkarski. Trudno go winić też o to, że arcyważny mecz początku walki o MŚ 2010 r. musimy grać na maleńkim przestarzałym stadionie i to jeszcze w 30-stopniowym upale. To wszystko głębsze problemy polskiej piłki.

Winię go jednak za to, że metody szkoleniowe, jakie dotychczas stosuje nie wpływają kojąco na grę zespołu. Chodzi głównie o atak pozycyjny. Mordujemy się w nim, aż zęby bolą. Wszystko sprowadza się do tego, że Kuba Błaszczykowski albo Jacek Krzynówek (dopóki ma siły) kiwnie rywala i mamy z tego jakiś pożytek, coś dzieje się pod bramką rywala, bramkarz musi się budzić ze snu. Dramatycznie jest jednak (vide druga połowa ze Słowenią), gdy jeden ze skrzydłowych ("Krzynek") traci siły i wtedy wszystkie piłki muszą wędrować do Kuby, gdyż nikt inny nie ma szans nic wskórać. A przecież Błaszczykowskiego płuca również nie są stworzone z żelaza.

Reklama

W ataku gramy tak, jakby kadra skrzyknęła się kwadrans przed meczem. Nikt nikogo nie rozumie, żadnych podań w ciemno, całkowity brak elementu zaskoczenia. Również stałe fragmenty gry w naszym wykonaniu nie były tak ciekawe jak Słoweńców (przypominam o rzucie rożnym z 70. min, po którym o mały włos nie straciliśmy gola).

Gdy szamotaliśmy się z własną słabością w ofensywie pomyślałem sobie: po jakie licho wydaje się pieniądze na zgrupowania, skoro i tak później kadra gra tak, jakby się dopiero zawodnicy na nią zjechali z całej Europy.

Zapytałem o słabość ataku pozycyjnego Leo po meczu ze Słowenią. Odpowiedział, że od dawna borykamy się z tym problemem. Że nie potrafimy dostarczyć piłki do linii ataku, że na treningach robi, co może. Ni z gruszki, ni z pietruszki dodał też, że nic by nie zmieniło powołanie Jelenia.

Zgadzam się z naszym selekcjonerem tylko w jednym: faktycznie ta bolączka jest już stara. Na dobrą sprawę od lutowego meczu na Cyprze z Czechami (wygrana 2:0) atakowanie bramki przeciwnika idzie nam jak krew z nosa. Leo Beenhakker to trener z najwyższej europejskiej półki, więc nie wypada mu poprzestawać na "robimy, co możemy" i "będziemy nad tym elementem pracować". Efekty tej pracy muszą być po prostu widoczne. Jeśli tak nie jest, a w ostatnim półroczu gramy z meczu na mecz tak samo mizernie i to niezależnie od składu, jaki mamy na boisku, wysiłki Leo i jego chłopaków idą na marne. Dlatego może pora na wprowadzenie nowości do treningów, albo może powrotu do gry dwójka napastników? To tylko luźne sugestie, ale to Holender ma obowiązek znaleźć receptę i ją zastosować. Obiecał, że przeanalizuje przyczynę słabej gry podczas Euro i wyciągnie wnioski z tej lekcji. Wciąż na to czekamy.

Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje