Reklama

Reklama

W rankingu jest wyżej od Neuera. Dlaczego Sousa pominął Gikiewicza?

W samo południe poniedziałkowe Paulo Sousa ogłosi powołania do reprezentacji Polski na batalię o mundial w Katarze. Szkoda, że na każdej pozycji nie ma takiego bogactwa wyboru, jak w bramce. Dość powiedzieć, że bohater całej kolejki Bundesligi – Rafał Gikiewicz nie mieści się nawet w nominowanej do kadry czwórki – pisze szef Sportu w Interii Michał Białoński.

Faworytem do objęcia pozycji numer "jeden" jest oczywiście Wojciech Szczęsny, ale konkurencję ma niebagatelną, bo piłkarsko nie starzeje się przecież Łukasz Fabiański, rozwija się Łukasz Skorupski, postępy robi Bartłomiej Drągowski. Każdy z tej czwórki gra regularnie w silnych ligach, więc miejsca w nawet szerokiej kadrze brakuje dla Rafała Gikiewicza.

Gikiewicz lepiej oceniany od Neuera

Traf sprawił, że akurat w przeddzień ogłoszenia decyzji Paula Sousy, który 35-osobowę kadrę zawęzi do 23 nazwisk, Gikiewicz został wybrany graczem kolejki w Bundeslidze. Co więcej, w zestawieniu topowych bramkarzy "Kickera" jest na pierwszym miejscu i ze średnią notą 2.72 wyprzedza nawet Manuela Neuera (ma notę 2.74). To o czymś świadczy.

Reklama

Czy Sousa popełnił błąd, zostawiając poza czwórką Gikiewicza? Jeśli miał go powoływać, to za kogo? Bartłomieja Drągowskiego? Wybór jest ciężki, choćby z uwagi na fakt, że golkiper Fiorentiny jest o 10 lat młodszy od Gikiewicza, a we Florencji zbiera także wysokie noty. Trzy dni temu, w starciu z Benevento Kamila Glika zanotował nawet asystę przy bramce na 0-3 autorstwa Duszana Vlachovicia.

ZOBACZ TAKŻE:  Jerzy Dudek o tym, kto powinien być bramkarzem numer "jeden"

To może za Łukasza Skorupskiego? Ten z kolei nie zawodzi w Bologni, ma już na koncie cztery występy z orłem na piersi - debiutował jeszcze w erze Waldemara Fornalika.

Szczyt formy Gikiewicza w wieku 33 lat


Rafał Gikiewicz w wieku 33 lat przeżywa szczyt formy, staje się gwiazdą Bundesligi i omija go powołanie do kadry. Trudno się jednak temu dziwić: to nie wiek na debiut w reprezentacji, zwłaszcza wobec wielkiej konkurencji, jaka panuje w rywalizacji o miejsce w naszej bramce.

Oczywiście, wielkim atutem Gikiewicza jest jego charakter, optymizm, pogodne usposobienie. Takie cechy bywają zbawczym spoiwem w budowie dobrej atmosfery w zespole. Z drugiej strony, skoro w dotychczasowej radzie drużyny był Szczęsny i pozostanie pewnie też w tej nowej, a nie tylko najdłuższy staż w kadrze, ale też mocną pozycję ma reprezentacji Fabiański, zresztą całkiem zasłużenie, to trudno do tej zupy wrzucać kolejnego, choćby nie wiadomo jak smakowitego prawdziwka.

Patrząc na potencjał w naszej bramce, można tylko żałować, że takiego bogactwa nie mamy wśród ofensywnych pomocników, a także tego, że piłka to nie hokej. W niej rola bramkarza nie jest aż tak kluczowa, jak w pogoni za krążkiem na lodzie. Ale i w futbolu bramkarz może przyjść w sukurs zespołowi. Najświeższy dowód dał w rewanżu 1/8 finału Ligi Mistrzów Keylor Navas, który uratował skórę PSG w starciu z Barceloną. 

Interwencja Szczęsnego nie powinna zaważyć na hierarchii


Skoro już przy Lidze Mistrzów i bramkarzach reprezentacji Polski jesteśmy, to z uwagą przysłuchałem się ciekawej dyskusji, jaką we wczorajszym Cafe Futbol poprowadził Bożydar Iwanów na temat interwencji Wojciecha Szczęsnego przy rzucie wolnym Sergio Oliveiry. Nie lada ekspert od bramkarskiego fachu Andrzej Dawidziuk rozgrzeszył naszego bramkarza, wskazując na błąd nieszczelnego muru, przez który Wojtek miał ograniczony do minimum czas na reakcję.

Według Dawidziuka samo dojście do piłki w róg, którego Szczęsny nie pilnował, było wyczynem nie lada. Roman Kołtoń nie był już tak wyrozumiały dla Szczęsnego, podkreślając, że ten miał już piłkę na ręce, a Cezary Kowalski jak na "Cezarego z pazurem" przystało, wypalił, iż to była szmata. Moim zdaniem, Szczęsny zrobił sporo, ale mógł zrobić jeszcze więcej w tej sytuacji. Widziałem go nieraz popisującego się nadludzkim wręcz refleksem, który pozwalał mu wyciągnąć zespół opresji w sytuacji - wydawać się mogło - niemożliwej do uratowania. Teraz tej kociej zwinności i szybkości trochę zabrakło.   

W studiu Cafe Futbol padło zdanie, że interwencja z meczu w Porto może wpłynąć na zmianę hierarchii w kadrze Paulo Sousy i teraz to Łukasz Fabiański zostanie numerem "jeden". Aż tak daleko bym nie szedł w osądzie. Nie sądzę, aby Portugalczyk determinował swój wybór jednym meczem, nawet o takim znaczeniu, jak przegrana dla Juventusu batalia o ćwierćfinał Champions League.

Michał Białoński



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama