Reklama

Reklama

Przyjaciele dwaj z boiska Goły i Kuba

Jest zima 2008 r. Jakub Błaszczykowski właśnie odebrał tytuł "piłkarza roku", jest uznawany za największy talent reprezentacji Polski. Na drugim biegunie jest jego przyjaciel Konrad Gołoś. Jego kariera piłkarska, a przede wszystkim zdrowie wisi na włosku.

Spotkali się niespełna trzy lata temu w Wiśle Kraków. Największym kumplem "Błaszcza" był właśnie "Goły".

Reklama

Mają wiele wspólnego. Gdy przychodzili na Reymonta, nie wszyscy witali ich z otwartymi rękoma. O pozyskiwanym z czwartoligowego KS Częstochowa Błaszczykowskim złośliwi mawiali: "wzmacniamy rezerwy". Trener młodzieżowej reprezentacji Andrzej Zamilski w rozmowie z "Wyborczą", owszem, wychwalał Kubę, nie omieszkał jednak wtrącić zdania: "Nie jest to jakiś talent czystej wody, ale wciąż robi postępy".

Do Konrada przylgnęła z kolei łata "jeździec bez głowy", a fachowcy narzekali, że wydanie ponad 300 tys. zł na takiego piłkarza to zbytnia rozrzutność. Kuba był przecież ponad czterokrotnie tańszy.

Okres świąt Bożego Narodzenia to dla Kuby moment zadumy, ciężki czas. Tęsknoty za matką, którą stracił we wczesnym dzieciństwie. Rodzicielka "Błaszcza" zginęła tragicznie podczas domowej awantury. Przez to Kuba tak naprawdę nie miał nigdy normalnych świąt z najważniejszymi dla kilkuletniego dziecka osobami przy boku - mamą i tatą.

Od tamtej pory Kuba

każdego gola strzela dla mamy.

- Jestem przekonany, że nawet teraz, gdy tu siedzimy mamy patrzy na mnie i pomaga mi - zawsze powtarza. O ojcu, który został pozbawiony praw rodzicielskich, nigdy nie chce mówić. - Ten człowiek dla mnie nie istnieje - ucina wszelkie pytania.

W tak ciężkich momentach, jak utrata rodziców, niezwykle ważne jest, by w pobliżu znalazły się życzliwe osoby, które podadzą ci rękę. Jakub takich życiowych druhów znalazł w bracie mamy - Jerzym Brzęczku, ale też w jego mamie, babci Felicji. Tej samej, którą kilka miesięcy temu przedwcześnie uśmierciły niemieckie brukowce.

Brzęczka - srebrnego medalistę z Barcelony, strzelca gola Anglii na Wembley (trzeciego po Domarskim i Citce), nikomu nie trzeba przedstawiać. Dla Kuby okazały się zbawiennymi jednak nie jego talenty piłkarskie, ale przede wszystkim rozwaga, mądrość życiowa. Wujek Jurek do dzisiaj prowadzi karierę "Błaszcza".

Dzieciństwo Konrada też nie było łatwe. Wychowywał się w wielodzietnej rodzinie w Siedlcach.

Popularny "Brzęku" był mentorem także dla Gołosia. Los zetknął ich w Górniku Zabrze. Obaj byli playmakerami. Reprezentują jednak inne pokolenia. Bardziej doświadczony, dojrzalszy kolega sprawił, że Konrad nie biegał już szybciej od piłki. Podczas gry zaczynał myśleć. A że wydolność miał zawsze najlepszą, mógł się wreszcie nagrać do bólu z pożytkiem dla klubu.

Jeszcze rok temu Konrad był podporą Górnika Zabrze (nie tego pikującego w dole tabeli, ale solidnego średniaka, któremu bliżej było do walki o puchary, niż o utrzymanie). Na zgrupowanie reprezentacji Polski złożonej z ligowców powoływał go Leo Beenhakker. Dzwoniłem do niego, był niczym wniebowzięty. Chyba jeszcze bardziej, niż wówczas, gdy Dan Petrescu (były trener Wisły) w szatni, przy wszystkich chłopakach, podał go za wzór pracowitości na treningach. Te same słowa Dan powtarzał zresztą do dziennikarzy.

Raptem, gdy wielki świat piłkarski wydawał się stać otworem, "Gołego" dopadła z pozoru drobna rzecz, na jaką nie masz wpływu. Ukąsił go kleszcz (tak, tak, ten sam, który na wiosnę i latem jest zmorą naszych czworonogów). Od tego to - pozornie niewinnego zdarzenia -

Konrad zachorował na boreliozę.

Kto miał z nią do czynienia, wie, że to nie przelewki. Atakuje układ mięśniowy i nerwowy. Jednej skutecznej szczepionki na nią nie ma. W medycynie stosuje się kurację antybiotykową, np. penicylinę. Gorzej, gdy borelia przekroczy barierę krew-mózg. Wówczas nawet najsilniejsze antybiotyki przestają działać.

Gołoś jest na ostrym zakręcie. Dzisiaj już nie martwi się tym, czy przebije się do składu Wisły, czy przypomni sobie o nim Leo. O wiele bardziej zajmuje go to, czy lekarzom uda się trafić z lekami, bo antybiotyki, które stosował przez minione pół roku, nie zadziałały.

Spotkałem go na krakowskim Kazimierzu, gdy z resztą wiślaków bawił się na zakończenie piłkarskiego roku. Owszem, uśmiechał się, jednak o powrocie do ligowej piłki mówił jakoś bez przekonania. Blady uśmiech, wyszczuplała twarz. Chłopak do rany przyłóż. Skromny, uczciwy, nie żadne tam wody sodowe. Konrad wie, że nigdy nie należy się poddawać.

Będzie walczył do końca,

jak zawsze robi to Kuba.

"Błaszczowi" gasły światła w dwóch wspaniałych, bądź tak zapowiadających się momentach. Najpierw stało się to w sierpniu 2005 r. Wisła walczyła o fazę grupową Ligi Mistrzów z Panathinaikosem Ateny. Jej ówczesny trener Jerzy Engel wpadł na pozornie szalony pomysł i ultraofensywnego zawodnika wystawił na .... prawą obronę. Kuba spisał się na medal. Nie dość, że gasił ataki rywali, to jeszcze sam tyrał w ataku. Okazało się, że przez prawię godzinę biegał ze złamaną kością śródstopia! Wytrwał do 76. minuty!!! Ale leczenie kontuzji, dochodzenie do formy kosztowały go trzy miesiące kariery.

Po raz drugi cień kontuzji przysłonił talent Kuby pół roku temu. Tamto wspomnienie, to całkiem świeża rana. Przed mistrzostwami Europy wobec zapaści formy większości naszych ofensywnych piłkarzy, Kuba był jak światło w tunelu dla wszystkich. Dla Leo i dla kibiców. Wiedzieliśmy, że w inauguracyjnym meczu z Niemcami właśnie on nie "pęknie", bo styl gry rywali zna z Bundesligi, a przede wszystkim taki ma charakter, że nie "wymięka". Tymczasem trzy dni przed tym starciem spadła na nas jak plaga egipska wiadomość, że z powodu kontuzji mięśnia uda Kuba Euro zamiast w bazie Orłów w Bad Waltersdorfie, spędzi w domu...

"Błaszczu" jeszcze raz musiał zagryźć zęby i zacisnąć pięści. Ale pary z ust nie puścił. Serce i rozum mówiły mu, że uraz nie jest tak groźny i byłby w stanie zagrać jeśli nie z Niemcami, to na pewno z Austrią i Chorwacją. Sztab medyczny nie chciał jednak Beenhakkerowi dać żadnych gwarancji, że Kuba będzie OK. Nikt od "Błaszcza" nie usłyszał żadnego utyskiwania czy to na Leo, czy to na doktora Jerzego Grzywocza. Przeszła mu koło nosa być może impreza życia, a on potrafił to znieść! Co więcej, wykluczenie z ME stało się dla niego bodźcem do jeszcze bardziej wytężonej pracy. Efekty? Doskonała gra w lidze, w reprezentacji (mecz z Czechami) i tytuł "piłkarza roku".

"Gołemu" też musi się udać przezwyciężyć swoją "plagę egipską". Będziemy trzymać za niego kciuki.

- Jedno jest pewne, gdyby każdy polski sportowiec podchodził do swych obowiązków z taką pracowitością i zapałem, jak Kuba i "Goły", to nie musielibyśmy się martwić o sukcesy polskiego sportu na mistrzostwach, czy olimpiadach. Pracowitość i zapał do trenowania to ich wizytówka. Nie zachłystują się sukcesami, idą ciągle do przodu - charakteryzuje "Gołego" i "Błaszcza" ich dobry znajomy - Piotr Wawro ze Stowarzyszenia Kibiców Wisły Kraków.

"Gołemu", Kubie i Wam wszystkim - wesołych świąt!!

Dowiedz się więcej na temat: talent | Przyjaciele | boiska | Kuba

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje