Reklama

Reklama

Po Boenischu w kolejce stoją następni do kadry!

Jeśli nie znajdziemy następnych Sebastianów Boenischów, o wyjście z grupy na Euro 2012 będzie niesamowicie ciężko - to najważniejszy wniosek po dwumeczu reprezentacji Polski z Ukrainą (1-1) i Australią (1-2).

Zadzwonił do mnie krewny z Australii (wyemigrował na Antypody w 1986 r., więc jest i Polakiem, i Australijczykiem). "Jak mogliście dopuścić do organizacji takiego meczu na stadionie, którego połowa jest w budowie. Przecież to kompromitacja. W ten sposób zamiast wypromować Polskę, ośmieszyliście ją! Trener Australijczyków mówił z kurtuazją, że może grać nawet w parku, dodał jednak 'ale'".

Anim pisnął. Cóż mogłem tłumaczyć krewniakowi z dalekiego Perth. Że prezydent Krakowa Jacek Majchrowski miał zbudować stadion na czerwiec, a nie udało mu się na wrzesień? Że PZPN niepotrzebnie mu zaufał? Że u nas wszystko jest na opak: gdy stadion Legii nie nadawał się do niczego (włącznie z murawą), to graliśmy tam z Rumunią, a gdy na Łazienkowskiej 3 wyrósł piękny obiekt, to Orły - jak na złość - są wysyłane do muzeum polskiej piłki w Łodzi, albo na plac budowy stadionu w Krakowie? Nie zostało mi nic innego, jak tylko zmienić temat i rozmawiać tylko o grze.

Reklama

Powiedziałem mu zatem, że nie wiadomo dlaczego wszyscy w tym pięknym kraju nad Wisłą wbili sobie do głowy, że Australię ogolimy, jak frajerów. Tak jakbyśmy to my, a nie oni zagrali na MŚ w RPA (i zdobyli tam cztery punkty). Tak jakbyśmy to my mieli piłkarzy występujących w najbogatszej lidze świata - Premier League (myślicie, że to przypadek, że ostatni Polak grający tam regularnie - Robert Warzycha, opuścił tę ligę 16 lat temu?). "Kangury" mają takich, że wymienię choćby Tima Cahilla, czy Marka Schwarzera.

Krewny dziwi się też, że zamiast wziąć się zgodnie, czy SOLIDARNIE za odbudowę zrujnowanej piłki, to my się tylko kłócimy, prowadzimy wojenki. Jurek tylko wygląda na anioła, a ciągle kopie dołki pod Frankiem. Franek smuci się i nadaje na Antosia, który cierpi na syndrom tęsknoty za PRL-em, Grzegorz zanim się w tym wszystkim połapie, to nadejdzie zima, a Zdzisiu tylko zaciera ręce i na każdym kroku dokręca śrubę. To prawda, tylko praca u podstaw może nas uratować. Ale to zadanie na kilka lat.

Na Euro 2012 silną drużynę musimy mieć najpóźniej za 18 miesięcy, zatem owoce długofalowej pracy dojrzeć nie zdążą. Franz Smuda musi się ratować takimi akcjami, jak Sebastian Boenisch. Problem w tym, że piłkarzy tej klasy z polskimi korzeniami nie jest wielu. A jeśli już są, to strzelają gole dla Niemców. W kolejce do reprezentacji powinni stanąć Brazylijczyk mający polskie korzenie Thiago Cionek, Damien Perquiz, czy Sebastian Tyrała.

Dyskutuj na blogu Michała Białońskiego

Dowiedz się więcej na temat: krewny | Euro 2012 | kadry

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje