Reklama

Reklama

Paulo Sousa i szum informacyjny w głowach piłkarzy

Paulo Sousa, obejmując reprezentację Polski, miał dramatycznie mało czasu, by przygotować ją do imprezy pięciolecia - Euro 2020. Z pięciu meczów zostały mu tylko trzy przed batalią ze Słowacją na ME. Czy właściwie wykorzystał dwumecz z Węgrami i Andorą? Dlaczego w wypadku jego taktyki znajduje uzasadnienie powiedzenie "gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść"? - zastanawia się szef Sportu w Interii Michał Białoński.


Rewolucja zamiast ewolucji, szybkie przeprosiny z Glikiem

Portugalczyk dobrze wiedział o deficycie czasu, jaki może poświęcić na diagnozę, rozpoznanie możliwości, mentalności poszczególnych piłkarzy i na trening. Mając do wyboru ewolucję, postawił na rewolucję, bo taką było przejście na ustawienie z trójką obrońców, wśród których miejsce Kamila Glika zajął debiutujący Michał Helik, połączone z wysokim ustawieniem defensywy, która momentami wpychała się z pressingiem aż na połowę rywala, za co słono zapłaciła już w szóstej minucie meczu w Budapeszcie.

Z prezentującym rzekomo archaiczną piłkę Glikiem trzeba było się przeprosić przed upływem godziny, gdy na tablicy wyników Areny Ferenca Puskasa wyświetlono wynik 2-0 na korzyść Węgrów. Błędu z odstawieniem lidera defensywy dało się uniknąć choćby po wnikliwej analizie MŚ w Rosji, gdzie w meczach z Senegalem i Kolumbią defensorzy bez Glika wyglądali jak dzieci zagubione we mgle. Natomiast z Japonią udało się wygrać również dlatego, że Kamil zagrał od początku, chciał zresztą wystąpić już od pierwszej minuty spotkania z Kolumbią, lecz Adam Nawałka uznał inaczej.

Reklama

Fakty są następujące: lata płyną, a Glik jest nadal naszym najlepszym obrońcą i do ME na pewno takim pozostanie. Nie tylko z uwagi na siłę, dobre ustawianie się na boisku, charakter, ale także zbawienny wpływ na kolegów z defensywy. Przy nim na murawie skrzydeł dostają młodsi. Dlatego dobrym pomysłem Sousy było wprowadzenie przy Kamilu jego imiennika - Piątkowskiego ale już znacznie gorszym - wprowadzanie Helika i to w roli ostatniego obrońcy, bez Glika w roli szefa obrony narodowej na placu boju.

Polska zasługuje na ofensywny futbol?

Sousa uznał także, że Polska zasługuje na to, aby reprezentacja grała nowocześnie, ofensywnie, tylko z rzadka oddając rywalowi boisko i piłkę. Zapowiedź takiej gry brzmi dumnie i na papierze wygląda dobrze. Rodzi się tylko pytanie, czy mamy piłkarzy w drugiej linii, którzy się do tego nadają? Piotr Zieliński, Kamil Jóźwiak i Kamil Grosicki, którzy dość regularnie potrafią wygrywać pojedynki nie wystarczą.

Podczas spotkania z Andorą Sousa sam musiał pokazywać "Zielowi", aby się ustawiał przodem do bramki rywala i wyszukiwał rozwiązania ofensywne, stosował grę do przodu, a nie na boki, czy do tyłu. Macieja Rybusa musiał uczulać, by nie wycofywał do Wojciecha Szczęsnego, tylko przesuwał ataki do przodu. Taką mamy mentalność, lubimy grać bezpiecznie.

Grzegorz Krychowiak jest jednym z liderów naszej kadry, ale szybka, kombinacyjna gra nigdy nie była jego atutem, m.in. dlatego nie poradził sobie w PSG. Koronawirus wykluczył z marcowych meczów Mateusza Klicha. Jego powrót na boisko zwiększy paletę możliwości Sousy, ale nawet z nim nie zamienimy się w asów ataku pozycyjnego.

Nawałka z Brzęczkiem mądrzy byli przed szkodą

O tym, że Polak potrafi wiele, ale nie do końca ma potencjał do ataku pozycyjnego dobrze wiedzieli Adam Nawałka  i Jerzy Brzęczek. Dlatego ten pierwszy postawił na uszczelnienie środka, w czym, oprócz znajdującego się w życiowej formie podczas Euro 2016 Krychowiaka, brylował Krzysztof Mączyński, a także na słynny już szybki atak.

Brzęczek zbudował fundamenty z żelbetu mocnej i pewnej defensywy. Wiedział, że tylko to może przynieść sukces na Euro 2020. Miał świadomość, że jeżeli rywalowi nie pozwolimy na harce we własnej "szesnastce", to dzięki geniuszowi Roberta Lewandowskiego czy Krzysztofa Piątka uda się zdobyć bramkę. Dziś mało już kto pamięta, że początek drogi Brzęczka na Euro 2020 to cztery zwycięstwa z rzędu bez straty bramki, w tym ogranie na wyjeździe Austrii, która jest rankingu FIFA o 17 pozycji wyżej od Węgrów, z którymi udało nam się dogonić tylko remis.

Nawałka miał też fetysz automatyzmów, bez których ani defensywna, ani ofensywna gra nie może być skuteczna. Misja Euro zbliża się wielkimi krokami i odnoszę wrażenie, że Sousa stracił czas, jeśli chodzi o ich wyrobienie. Co mecz inna obrona zarówno taktycznie, jak i personalnie, co mecz inne skrzydła, co mecz inne zestawienie ataku.

Gdzie kucharek sześć....

- Gra trójką napastników ma być jednym z naszych większych atutów, choć nie będziemy tak grać w każdym meczu - ogłosił po spotkaniu z Andorą Portugalczyk.

W meczu ze słabeuszami z Andory mogliśmy się przekonać o słuszności przysłowia: "Gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść". Liczba napastników nie przełożyła się na liczbę sytuacji bramkowych.

Zarówno Nawałka, jak i Brzęczek w większości spotkań stosowali ustawienie z jednym napastnikiem. Obaj dochodzili do wniosku, że wprowadzenie dodatkowego oznacza zubożenie drugiej linii, a to pociąga za sobą ryzyko przegrania batalii o środek i zminimalizowanie szans bramkowych, jakie wypracuje zespół.

Paulo Sousa wie wszystko o piłce, jest szalenie pracowity i ambitny. Pytanie czy te jego cechy w niektórych sytuacjach nie działają na niekorzyść. Czy nie chce aby za dużo danych naraz przekazać piłkarzom? Czy od tego wszystkiego nie powstaje im w głowach szum informacyjny?

Urzędowy angielski w szatni

Kolejna sprawa to komunikacja. Sousa jest poliglotą, ale językiem urzędowym w szatni "Biało-Czerwonych" stał się angielski. Selekcjoner mówi szybko i dobitnie. Jego słów nikt nie tłumaczy. Nikt też nie sprawdza, czy każdy zrozumiał, a przecież duma nie pozwoli żadnemu zawodnikowi na podniesienie ręki i przyznanie się: "Panie trenerze, nie wiem o co chodzi". Tym bardziej, gdy z mediów dowiedzieli się, że oto ich kolega nie dostał powołania przez brak znajomości angielskiego.

Sousy angielski jest naprawdę dobry, ale głębię myśli najlepiej mu się przekazuje w ojczystym języku. Mogliśmy się o tym przekonać po wywiadzie, jakiego udzielił po portugalsku Szymonowi Rojkowi (vide Cafe Futbol z 21 marca). Czy nie lepiej byłoby dla wszystkich, aby do piłkarzy również przemawiał w tym języku, a w roli tłumacza występował np. Andrzej Juskowiak, który na dodatek mógłby służyć radą, znając mentalność naszych piłkarzy?

Na środowy mecz z Anglią Sousa i jego podopieczni wyjdą bez presji. Każda zdobyta bramka, każdy uciułany choćby cudem punkcik zostaną przyjęte jak wybawienie. Reprezentacja Polski tę batalię powinna potraktować jako próbę generalną przed ME, bo przed finałami Euro 2020 zostaną jej tylko dwa mecze towarzyskie.

Michał Białoński



Dowiedz się więcej na temat: Paulo Sousa | Kamil Glik

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje