Reklama

Reklama

Orły Leo unplugged

Czy po meczu Słowacja - Polska można napisać coś ku pokrzepieniu serc? Sprawić, żeby kibice polskiej piłki nie musieli omijać Bratysławy szerokim łukiem?

Wpadło mi do głowy, że możemy być dumni, bo nasi piłkarze stworzyli (tak ONI, a nie Słowacy) najbardziej emocjonujące widowisko i zarazem najbardziej dramatyczne w całych eliminacjach. A tak całkiem poważnie, pozytywem jest to, że najlepszy piłkarz polskiej ligi Paweł Brożek błyskawicznie wkomponował się do kadry Leo. Napastnik Wisły to chyba jedyny obok Jakuba Błaszczykowskiego wygrany dwumeczu z Czechami i Słowacją.

Duet Kuba - "Brozio" przejmuje teraz pałeczkę liderów. Ci dwaj piłkarze maczali palce przy wszystkich golach z ostatniego dwumeczu. 25-letni "Brozio" i o dwa lata młodszy Kuba to świetlana przyszłość reprezentacji Polski!

Reklama

Z wyprawy do Bratysławy są też inne plusy. Za wyjątkiem stuosobowego porozumienia ponad podziałami hoolsów z kilku klubów, siedmiotysięczna armada polskich kibiców zaprezentowała się wspaniale. Reporterzy bratysławskiej "Pravdy", którzy chodzili krok w krok za naszymi fanami byli zauroczeni: "Byli cali biało-czerwoni ze wskazaniem na czerwoni. Jakby krew zalała ich skórę i ubrania. Nie ma się co dziwić, że tak się stało. W ciele krew musiała ustąpić miejsce hektolitrom piwa".

Słowaccy piłkarze i trener Vladimir Weiss zachwycali się atmosferą, jaką zrobili nasi fani. Całe szczęście zatem to zdecydowana większość normalnych zostanie zapamiętana przez Słowaków, a nie awanturnicy.

Byłem pesymistą przed meczem Słowacja - Polska. Bałem się, że zabraknie nam sił na starcie z silnymi fizycznie Słowakami. Porównanie składów (np. nie mamy piłkarza strzelającego regularnie gole w Serie A, jak Marek Hamszik), mentalność naszych piłkarzy (w wypowiedziach tego widać nie było, ale przed Słowakami nie czuli takiego respektu, jak przed Czechami) i fakt, że w sobotnim starciu z Czechami straciliśmy sporo sił, nie napawały mnie optymizmem.

Ale w życiu się nie spodziewałem, że przegramy na WŁASNE ŻYCZENIE. Prowadząc 1:0 (w pełni zasłużenie, bo gospodarze nie byli w stanie przeprowadzić tak składnych akcji jakie trzy razy wyszły Orłom), pozornie mieliśmy przecież pełną kontrolę. Rywal nie mógł nic wskórać, nie zagrażał bramce. Za to zagroziliśmy sobie sami. Ostatnie pięć minut to było klasyczne "unplugged" Orłów, czyli występ bez prądu. Miast walczyć, biegać nasi oglądali się na siebie.

Argument "Boruc ratował nas tyle razy, więc trzeba mu wybaczyć to potknięcie" zupełnie do mnie nie trafia. Chociażby dlatego, że szalone interwencje golkipera Celticu nie uchroniły nas od klęski na Euro 2008. Tymczasem błąd, jaki popełnił w Bratysławie i porażka będąca jego konsekwencją, mogą nas pozbawić gry w MŚ w RPA!

Bez względu na to, co mówi w mediach, Artur Boruc musi sobie poukładać wszystko sam. Zarówno w życiu prywatnym, jak i na boisku. Dla bramkarza szalenie ważna jest psychika.

Jeśli nie ma komfortu psychicznego, to zdarzają się takie wypadki jak ten w Bratysławie.

Całe szczęście, Boruc ma dobrą bazę, dzięki której może się odbudować - zaufanie kibiców. Ranek po meczu, stołówka hotelu "Set". Słowak ze współczuciem pyta śniadającego polskiego kibica: - Co to matie za bramkara?

Polak bez cienia wstydu, czy zażenowania odpowiada: - Boruc. Artur. Z Celtiku Glasgow, on jest super! (Pokazuje przy tym zagiętą ręką i zaciśniętą pięścią, że Artur jest rzeczywiście "w porzo".)

Nie wypowiedział tych słów szalikowiec Legii, który mógłby bronić Boruca wyłącznie za to, że w meczu z Wisłą Płock "w młynie" szalikowców dopingował warszawski zespół. Obrońcą naszego bramkarza był 40-letni mężczyzna, kibic reprezentacji Polski.

Ataki na Leo Beenhakkera o błędne obsadzenie bramki są bez sensu. W sobotę, gdy pokonaliśmy Czechów i Boruc miał w tym udział (dwukrotnie ratował nas na początku meczu) Leo był dobrym selekcjonerem, więc teraz gdy Arturowi przytrafił się najgłupszy błąd w życiu trudno winić za to Beenhakkera. Tym bardziej, że po meczu był on wyjątkowo zdruzgotany. "Poproszę o ostatnie pytanie" - powiedział już po trzech minutach.

Nie ma co załamywać rąk. Już teraz trzeba myśleć o tym, żeby wiosna wyszła nam lepiej. Cały czas mamy sytuację pod kontrolą. Musimy tylko odrobić straty z Wrocławia w wyjazdowym meczu ze Słowenią, a później w domu ze Słowacją. Jeśli nie pogubimy punktów w dwumeczu z Irlandią Północną i wygramy dwumecz z Czechami, awans będzie nasz. To wcale nie jest nierealny scenariusz, ale też niełatwy do zrealizowania.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne