Reklama

Reklama

Mistrzostwo JKH, czyli być jak Leszek, Leszek Laszkiewicz

Osiem razy zdobył mistrzostwo Polski jako najlepszy w lidze napastnik, z Milano Vipers osiągnął mistrzostwo Włoch. Na koniec kariery wrócił do macierzystego klubu. Gdy przyszło mu zawiesić łyżwy na kołku natychmiast wskoczył w dyrektorski garnitur i w tej roli okazał się być znów skuteczny – Leszek Laszkiewicz spłaca dług wdzięczności Jastrzębiu-Zdrojowi. Hokeiści JKH GKS sięgnęli wczoraj po mistrzowski tytuł po raz pierwszy w historii.

15 Polaków, w zdecydowanej większości wychowanków JKH GKS-u zasilonych siedmioma solidnymi obcokrajowcami, na czele z Kanadyjczykiem Zackarym Philipsem i bramkarzem Patrikiem Nechvatalem - ta, jakże zdrowa mieszanka dała jastrzębianom triumf nad legią cudzoziemską, jakiej od lat hołduje Comarch Cracovia.

- Pokazaliśmy, że pieniądze to nie wszystko w sporcie. Liczy się też pomysł i konsekwencja w jego realizowaniu - skomentował wygraną finałową serię 4-1 słowacki trener jastrzębian Robert Kalaber, który od 2014 roku prowadzi JKH GKS, a w sezonach 2017-18 i 2018-19 dzielił ją z obowiązkami selekcjonera Bułgarii. Od ubiegłego roku jest trenerem naszej kadry narodowej.

Reklama

Trzeba oddać Słowakowi, że z wielką wprawą i cierpliwością wprowadza jastrzębską młodzież do dorosłego hokeja. 20-letni Dominik Paś błyszczał w pierwszym ataku, 19-letni Kamil Wałęga i Jan Sołtys, razem z 24-latkiem Kamilem Wróblem tworzyli trzecią formację, a 22-letni Dominik Jarosz, czy o rok starszy Jakub Michałowski dzielnie radzili sobie w czwarte "piątce".

Kalaber idealnie dopasował się do myśli przewodniej JKH - promocja własnej młodzieży, a ojcem chrzestnym całego projektu jest właśnie Laszkiewicz. Leszek wrócił do Jastrzębia-Zdroju w sezonie 2013-14 i pod jego skrzydłami ówcześni młodzieżowcy Łukasz i Radosław Nalewajkowie. Gdy zdrowie nie pozwoliło mu na kontynuowanie kariery natychmiast wskoczył w garnitur i w roli menedżera oraz dyrektora sportowego zaczął budować wielkość klubu.

Pierwszej w historii mistrzostwo Polski JKH GKS-u to również zasługa Leszka Laszkiewicza.

Jego satysfakcja jest tym większa, że w finale utarł nosa trenerowi Rudolfowi Rohaczkowi z Comarch Cracovii, w konflikcie z którym opuszczał "Pasy" po sezonie 2012-13. Świadkowie opowiadali mi, że w szatni krakowian wywołała się wówczas burza. Laszkiewicz i kilku innych zawodników miało dowiedzieć się, że Rohaczek - za ich plecami - posądza ich o odpuszczanie meczów.

- Trenerze, jakim prawem za plecami obrabia pan mi tyłek. Nie po to przez całą karierę haruję na nazwisko, żeby teraz słyszeć takie zarzuty! Jeśli ma pan do mnie jakieś uwagi, to proszę powiedzieć je w twarz! - miał wykrzyczeć Rohaczkowi Laszkiewicz.

Na tym drogi ich się rozeszły. Dziś Laszkiewicz i jego załoga są mistrzami Polski. "Laszka", wespół z Kalaberem sprawili, że młodzież z Jastrzębia-Zdroju nie przestraszyła się w finale dysponujących znacznie lepszymi warunkami fizycznymi obcokrajowców z Cracovii. Przeciwstawili im serce, charakter, doskonałe przygotowanie fizyczne.

W odniesieniu do piłki nożnej niewiele jest przypadków takich jak ten Laszkiewicza. Można się posłużyć tym Kuby Błaszczykowskiego, który wprawdzie nie jest wychowankiem Wisły Kraków, ale robi wszystko, by swoim nie tylko piłkarskim know-how wydźwignąć klub z tarapatów.

W PKO Ekstraklasie brakuje takich przykładów, jak Laszkiewicz w JKH: oto legenda klubu i reprezentacji Polski tuż po karierze zostaje dyrektorem sportowym i z wielkim zaangażowaniem prowadzi interesy ośrodka, z którego wypłynęła. Być może jest to jedna z przyczyn, dla których w europejskich pucharach tak bardzo kulejemy.

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje