Reklama

Reklama

Leo dla nich to czarownica

Siwowłosa czarownica na miotle sieje spustoszenie w polskiej piłce i na dodatek bawi się za naszą krwawicę; niszczy wszystko, co spotyka na drodze - taki obraz Leo Beenhakkera jawi się, gdy wsłuchacie się w głosy autorytetów piłkarskich, czy ludzi z PZPN-owskiego szczytu.

Krytycy ci rysują obraz taki mniej więcej, że wystarczy dać kopa w tyłek krnąbrnemu Holendrowi, a polska piłka stanie się krainą mlekiem i miodem płynącą. W każdym razie na pewno oni poczują się lepiej.

Argumenty o chronicznym braku Polaków w silnych zespołach (Kuszczak jest tylko rezerwowym w ManUnited), o słabawej lidze, której przedstawiciele żegnają się z pucharami już w czerwcu (Cracovia), czy wreszcie o ciągle nie wyciętym korupcyjnym wrzodzie to tylko odosobnione przypadki.

Splotem nieszczęśliwych okoliczności jest również fakt, że na trzy tygodnie przed startem ligi nie jest znany jej sponsor, ani zestaw drużyn.

Reklama

Daleki jestem od twierdzenia, że Leo jest nieomylny. Wprowadzenie do kadry za pięć dwunasta fizjologa Mike'a Lindemann, który nie zna organizmów naszych piłkarzy, było błędem. Objawy były te same, jakie mieli np. wiślacy za katorżniczych treningów Dana Petrescu. Szybkościowcy powłóczyli nogami po boisku (wśród nich Jakub Błaszczykowski), a wytrzymałościowy czuli się jak ryba w wodzie. W tej drugiej grupie był zgadnijcie kto? Dariusz Dudka, któremu nawet metody treningowe Lindemanna nie były w stanie zaszkodzić. Nie podoba mi się też, gdy Leo spiera się sam ze sobą, gdy najpierw mówi, że polscy piłkarze są tak samo utalentowani, jak ich koledzy z Hiszpanii, Holandii, czy Niemiec, by za moment - po przegranym Euro 2008 - dowodzić o przepaści dzielącej polską ligę od poziomu międzynarodowego, czy o braku klasowych piłkarzy.

Mimo tego, Beenhakker to znakomity trener, który jest profesjonalistą w każdym calu i lepszego nie znajdziemy. Zarzuty mówiące o tym, że Leo jest w Polsce tylko i wyłącznie dla kasy można włożyć między bajki. Ten człowiek autentycznie związał się emocjonalnie z naszym krajem i mówi o tym głośno. - Kocham Polskę, kocham polską piłkę - powtarza i nie ma na myśli pieniędzy, które u nas zarabia.

Przekonałem się o tym, po wnikliwej obserwacji Leo podczas Euro. Zapadła mi w pamięci przejmująca scena z końcowych minut mecz z Chorwacją, jaki rozegraliśmy w Klagenfurcie: Orły Beenhakkera szamocą się we własnej bezsilności, z bezsilnym milczeniem obserwuje to 10 tys. Polaków. Ludzi, którzy przed meczem śpiewali dwa razy przeciągłe: "Leo! Leo!". Beenhakker czuł, że mecz, jak i cały turniej są już przegrane, że zawiódł. Spojrzał wtedy na trybunę, na której siedzieli Polacy, zatrzymał wzrok. To było spojrzenie autentycznego współczucia dla tego biało-czerwonego tłumu.

Nie widzę w Polsce, ani za granicą fachowca, który byłby w stanie lepiej prowadzić reprezentację, niż robi to Leo. - Całe moje pokolenie może tylko żałować, że gdy my stanowiliśmy trzon reprezentacji, nie było w Polsce kogoś takiego, jak trener Beenhakker - powiedział ostatnio naszemu portalowi Kamil Kosowski, rocznik 1977. Można tę opinię potraktować za wiarygodną, bo wypowiedział ją piłkarz, który nie został zabrany na Euro 2008, więc nie ma za co się odpłacać selekcjonerowi.

Michał Białoński

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL