Reklama

Reklama

Jerzy Brzęczek wyszedł z oblężonej twierdzy

Żadnych wywiadów, tylko konferencje prasowe, prowadzone często w napiętej atmosferze – tak na ogół wyglądał PR wokół Jerzego Brzęczka w 2020 r. Sam selekcjoner odmienił to jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Otworzył się na media i wszyscy na tym skorzystali – pisze szef Sportu w Interii Michał Białoński.

W minioną czwartek miałem przyjemność uczestniczyć w covidowym, zdalnym spotkaniu z selekcjonerem, jaki w aplikacji Teams zorganizował PZPN. Zaproszono czołówkę dziennikarzy, którzy od lat zajmują się reprezentacją Polski: red. Roberta Błońskiego ("Przegląd Sportowy"), Rafała Steca ("Gazeta Wyborcza), Przemysława Pawlaka ("Piłka Nożna"), Macieja Białka (Polska Agencja Prasowa), Pawła Wilkowicza (Sport.pl), Mateusza Skwierawskiego (WP), Stefana Szczepłka ("Rzeczpospolita"), Mateusza Rokuszewskiego (portal Weszło).

Spotkanie prowadzono w luźnej formule, w którym pytania zadawali nie tylko dziennikarze, ale też sam selekcjoner. Rozegraliśmy 90-minutowy mecz z doliczonym czasem, po którym okazało się, że Jerzy Brzęczek nie jest wielbłądem dwugarbnym, za jakiego go niektórzy uważali, domagając się natychmiastowego wyprowadzenia z szatni kadry.

Reklama

Ważny telefon od kapitana

Co istotne, upadł jeden mit: "Robert Lewandowski nie trawi Brzęczka i oczekuje zmiany selekcjonera". Trener Brzęczek zdradził dwa nieznane dotąd fakty. Okazało się, że przed listopadowym meczem z Włochami w Reggio Emilia "Lewy" i jego koledzy trenowali z takim zaangażowaniem, jakiego trener dawno u nich nie dostrzegał. Trenerowi, kapitanowi i całej ekipie zależało na wykorzystaniu szansy, jaką los im przyniósł -  wygraniu grupy w Lidze Narodów, z czym wiązała się organizacja turnieju finałowego w Polsce.

Rozbudzone apetyty w zderzeniu z porażką z Italią, po meczu, który sam Brzęczek określił mianem największego koszmaru za jego kadencji, zrodziły frustrację. Ona z kolei spowodowała siedmiosekundowe milczenie "Lewego", na pytanie o pomysł na grę w starciu z Italią. Milczenie, które przykryło wszystko inne: słowa pozostałych kadrowiczów - Kamila Glika, czy Mateusza Klicha, który ogłosił: "Trener Brzęczek ma dużą wiedzę taktyczną".

O ile przekaz prezesa Zbigniewa Bońka i Jerzego Brzęczka przed meczem z Holandią, mówiący o tym, że selekcjoner z kapitanem wszystko sobie wyjaśnili, można było odebrać za urzędowy optymizm, o tyle z całą pewnością nie są już nim ustalenia, jakie zapadły podczas telefonicznej rozmowy "Lewego" z selekcjonerem. Doszło do niej z inicjatywy kapitana w niedzielę 22 listopada, a więc cztery dniu po porażce 1-2 z Holandią, w ostatnim meczu, jaki "Biało-Czerwoni" rozegrali w 2020 r. Fakt, że doszło do takiej oczyszczającej rozmowy potwierdził nie tylko selekcjoner, ale też najbliżsi współpracownicy Roberta.

Konkluzja jest prosta: selekcjoner i najlepszy piłkarz kadry grają w tej samej drużynie, ciągną wózek z napisem "Polska" w tę samą stronę.

Światowy TOP-10 (na razie?) poza naszym zasięgiem

Brzęczek zwrócił uwagę też na kilka istotnych faktów, jakie często umykają jego krytykom.

Po pierwsze, oczekując zwycięstw nad Włochami czy Holandią, zapominamy, że w ostatnich 10 latach jedyną drużyną ze światowej czołówki (Top 10), jaką pokonaliśmy, były Niemcy, jakich ekipa Adama Nawałki ograła 2-0, w walce o Euro 2016. Jednocześnie żaden z selekcjonerów w tym okresie (Franciszek Smuda, Waldemar Fornalik, Nawałka) nie dokonywał - po części z musu, a po części z wyboru - tak rewolucyjnego odmłodzenia kadry i to jest pewnie drugi powód huśtawki nastrojów: wrześniowe piekło (0-1 w Amsterdamie), październikowe niebo (pokonanie Finlandii, Bośni i 0-0 z Włochami), listopadowe wędrówka z piekła do czyśćca (włoski koszmar 0-2 i znacznie lepiej przyjęte 1-2 z Holandią na Stadionie Śląskim).

Straciliśmy najlepszych asystentów

Trzeci argument to również pochodna pokoleniowej zmiany warty. Oto Brzęczek ma jasną odpowiedź na pytanie, dlaczego Robert Lewandowski u niego potrzebuje dwóch meczów do zdobycia bramki, a u Nawałki strzelał średnio w każdym spotkaniu. Owa odpowiedź jest wręcz banalna: z kadry zupełnie zniknęli najlepsi asystenci: Łukasz Piszczek i Kuba Błaszczykowski, a dwaj kolejni: Kamil Grosicki i Arkadiusz Milik od pół roku grają tylko w reprezentacji. Milik w Napoli jest odstawiony na bocznicę, a "Grosik" w minioną sobotę zaliczył pierwsze w sezonie ligowe 10 minut w barwach West Bromwich.

- Nasza zdolna młodzież potrzebuje jeszcze paru meczów na złapanie wspólnego języka, boiskowego czucia z Robertem - nie kryje selekcjoner.

ZOBACZ TAKŻE: Kołtoń: "Loew, czyli Brzęczek ma łatwiej" 

Ważnym fragmentem naszej konwersacji z selekcjonerem był ten, w którym to on przejął pałeczkę i zadał nam pytanie o to, jak oceniamy potencjał reprezentacji Polski na kluczowych pozycjach, jakimi we współczesnym futbolu są boki obrony i skrzydła. Przy całym szacunku dla obecnie tam występujących zawodników, osobiście tęsknie za obsadą z Euro 2016: Łukasz Piszczek z Arturem Jędrzejczykiem w defensywie, młodsi, przeżywający szczyt formy Jakub Błaszczykowski z Kamilem Grosickim na skrzydłach. W podobnym duchu wypowiedzieli się inni koledzy. Tylko jeden z nich wyraził oczekiwanie, by nasza kadra, w starciach ze światową czołówką radziła równie dobrze, jak dysponująca porównywalnym potencjałem Szwajcaria.

Po listopadowej porażce 0-2 we Włoszech na kadrę posypały się gromy o słabe przygotowanie fizyczne. Tymczasem Jerzy Brzęczek zdradził, że nasi zawodnicy pokonali więcej kilometrów niż Włosi. Zatem z przygotowaniem fizycznym, również dzięki zaangażowaniu Leszka Dyi, w naszej kadrze nie jest tak źle.

Wyjście z oblężonej twierdzy trenera Brzęczka wyszło wszystkim na korzyść. Mogliśmy się przekonać co do jego wiedzy, fachowości, przenikliwości i błyskotliwości. Zrozumieliśmy pewnie, że ze dwa razy - w czerwcu 2019 (po 4-0 z Izraelem "Jedziemy na Euro po medal"), czy 14 października 2020 r. (po 3-0 z Bośnią i Hercegowiną, gdy wyszliśmy na prowadzenie w Lidze Narodów) nadmuchaliśmy balonik oczekiwań za bardzo.

Jak to zwykle bywa, później on z hukiem pękł. Ułańska fantazja, posiadanie najlepszego napastnika świata i czołowych bramkarzy nie wystarczą, by w piłce podbijać świat. Potrzebne są jeszcze inne twarde boiskowe argumenty. I dobra atmosfera, a ta od ogólnonarodowej połajanki na selekcjonera, określanego pogardliwie "Wujem", na pewno nie stanowi naszego atutu.

Jerzy Brzęczek przypomniał, że Adamowi Nawałce, którego bardzo szanuje i z którym jest w dobrym kontakcie, znacznie lepiej wyszło Euro 2016, na które jechaliśmy po cichu i niepewnością, po 0-0 z Litwą, w próbie generalnej, rozegranej w Krakowie, niż MŚ 2018, na który wyprawiliśmy z fanfarami, po 4-0 z tą samą Litwą na PGE Narodowym. Bracia Rosjanie mają takie powiedzenie: "Tisze jediesz, daljej budiesz". Chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć jego znaczenia.

Michał Białoński



Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne