Reklama

Reklama

​Gerrardowie polskiej piłki

Kiedy Steven Gerrard po raz ostatni wchodził na murawę Anfield, łezka w oku zakręciła się nie tylko sympatykom Liverpoolu. Facet ćwierć wieku był związany z jednym klubem, a swoją postawą niejednokrotnie udowadniał, że słowa wypowiedziane u schyłku przygody z "The Reds" o tym, że kochał każdą minutę spędzoną w tym miejscu, nie były tylko pustym frazesem. Wielki Real u boku Zidane'a? Podziękował. Jego serce wrosło w tę ziemię i nawet propozycje od najlepszych nie mogły tego zmienić.

Gerrard, Totti - to przykłady z najwyższej półki, ze stadionów świata. A co z naszym rodzimym podwórkiem? Czy na tej płaszczyźnie ustępujemy najlepszym? Pewnie, że Gerrard to przykład skrajny, ale i w Polsce spotka się ludzi przez lata związanych z jednym klubem, nie zawsze wychowanków, ale takich, którzy wiernie trwają na posterunku. A oto i oni...

Reklama

Krzysztof Kotorowski - człowiek zagadka dla całego piłkarskiego świata Polski. W klubie takim jak Lech rotacje kadrowe to norma, tam ściąga się najlepszych, tam wydawałoby się, że nie ma pewniaków. A jednak Kotorowski jest właśnie takim pewniakiem Lecha. Jeśli wszystkim w "Kolejorzu" kończyłyby się nagle kontrakty, to typowanie tego, kto zostanie, zaczęlibyśmy właśnie od Kotorowskiego. A przecież Lech przez te lata ściągał wielu naprawdę ciekawych bramkarzy, choćby Malarza, Cierzniaka, pechowego Dolhę czy Buricia. Polski Canizares może w Poznaniu być bramkarzem drugim, nawet trzecim, byle tylko nie opuszczać Lecha. I trzeba przyznać, że to się Lechowi już kilka razy opłaciło. Przykład? Wybronione trzy karne po dogrywce w eliminacjach do LM z Interem Baku. Ta dziwna miłość "Kolejorza" i najwierniejszego z lechitów trwa nieprzerwanie od 2004 roku. Ważne, że jest wzajemna, bo mimo tego, że Kotorowski ma już lat 38, to klub przedłużył z nim kontrakt o kolejny rok. Przywiązanie się opłaca.

Veljko Nikitović. O ile Poznań, jako miejsce, pokochać łatwo, tak już spędzenie 11 lat w dwudziestotysięcznym mieście nie musi być dla piłkarza szczytem marzeń. A jednak znalazł się taki, który nie dąży do zmiany. Przyznać należy, że Nikitović z Górnikiem Łęczna przeżył niemało, bo także batalię trzecioligową. Fakt, ma on w swym piłkarskim życiorysie wierności małą skazę, gdy po degradacji klubu przeniósł się do rumuńskiego FC Vaslui, jednak wrócił już po pół roku i od tamtej pory nieprzerwanie trwa na posterunku drużyny z Lubelszczyzny, z którą w 2014 roku wywalczył upragniony awans do ekstraklasy. Nikitović to nie tylko kapitan Górnika, to już niemal legenda Łęcznej.

Lech pochwalić się może jeszcze jednym wiernym w swych szeregach. Marcin Kamiński - przez jednych nazywany wychowankiem "Kolejorza", przez innych uważany za wychowanka klubu z Konina. Faktem jest jednak, że chłopak trafił do Poznania w wieku 13 lat i od tamtej pory zasila kadrę mistrza Polski. To dobry materiał na polskiego Gerrarda, ale Lech zdobył przecież mistrzostwo kraju, co nie było dane Anglikowi. Chyba znajdzie się więc przykład jeszcze lepszy...

Dziwną nazwaliśmy miłość Kotorowskiego do Lecha. Tym mianem wielu określiłoby także postawę Piotra Malarczyka z kieleckiej Korony. Czasy w Kielcach niepewne, o problemach finansowych ciągle głośno, sezon rozpoczęty, a kadra klubu ciągle w fazie kompletowania. Sytuacja mało komfortowa, nie da się ukryć. Dlatego jeśli dostajesz propozycję transferu do trzeciej drużyny w kraju, grającej w pucharach, raczej długo się nie zastanawiasz. Tak podpowiada zdrowy rozsądek. Ale w miłości tak już bywa, że nie rozum, ale serce wiedzie prym. Dlatego Malarczyk w Kielcach został, otrzymał opaskę kapitana i jest na jak najlepszej drodze, aby stać się takim właśnie lokalnym Gerrardem.

Ktoś powie zaraz, jaka liga, tacy Gerrardowie. I po części będzie miał nawet rację. Ale z drugiej strony przywiązania do klubu nie dzielisz na lepsze i gorsze, bo wszędzie powinno się je cenić tak samo, bez względu na to czy chodzi o Lecha, Liverpool czy Łęczną.


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama