Robert Kubica wspomina makabryczny wypadek w Kanadzie

Furorę w światku motorsportu robi wywiad z Robertem Kubicą, opublikowany w formie materiału dźwiękowego, jako drugi odcinek podcastu F1: Beyond the Grid. Kubica poddał się "prześwietleniu" i zdecydował zwierzyć z wielu faktów ze swojego życia, dzieląc się emocjami. Poza wypadkiem na trasie rajdu Ronde di Andora, krakowianin zdecydował się także wrócić do wcześniejszego, makabrycznie wyglądającego karambolu w Grand Prix Kanady.

- Istny cud, to nie miało prawa się zdarzyć - taki przekaz dominował w światowych mediach, które relacjonowały mrożący krew w żyłach wypadek Polaka na torze Formuły 1. Śmierć wisiała w powietrzu, tym większy szok przeżyli wszyscy, gdy okazało się, że mimo totalnie skasowanego bolidu, Kubica był przytomny i rozmawiał z lekarzami.

Reklama

Wypadek, do którego doszło w 2007 roku podczas Grand Prix Kanady, naprawdę wyglądał przerażająco. Mknący z ogromną prędkością Kubica, w następstwie kontaktu podczas próby wyprzedzenia Jarno Trulliego, wypadł z toru i z całym impetem uderzył w betonową barierę. Roztrzaskany w drobny mak bolid wyleciał w powietrze, po czym zaczął koziołkować, zatrzymując się dopiero na przeciwległej prostej. Wrak leżał bokiem, a z przodu wystawały stopy Kubicy.

W rozmowie z Tomem Clarksonem w cyklu, który ma za zadanie przynieść fanom dogłębne i bardzo osobiste zwierzenia największych postaci w Formule 1, Kubica przyznał, że dzięki technologii wówczas wygrał drugie życie.

"Następnego dnia w szpitalu, gdy lekarze obudzili mnie o 4 rano, by przeprowadzić badania, powiedziałem, że nic mi nie jest. Oni, widząc powtórki wypadku, stwierdzili, że jest to niemożliwe, że zwariowałem. Wykonali wszystkie badania i lekarz powiedział, że faktycznie mam rację, ale ponieważ widział wypadek, to musiał je powtórzyć. Miałem małe podkręcenie kostki, ale nic wielkiego. Wziąłem trochę leków przeciwbólowych, ale na przykład szyja prawie w ogóle mnie nie bolała - zdradził Kubica, a jego słowa do tej pory brzmią niesłychanie.

"Wtedy uratował mnie system HANS, który był stosowany drugi rok z rzędu. Gdyby nie on, "pocałowałbym" kierownicę przy prędkości 250 kilometrów na godzinę. Byłbym skończony. Gdyby ten wypadek wydarzył się 10 lat wcześniej, nie byłoby mnie tu. To uratowało mi życie" - przyznał Kubica, który w przyszłym roku chce wrócić do roli pełnoprawnego kierowcy. Póki co, od tego sezonu, pełni obowiązki kierowcy rezerwowego i rozwojowego w zespole Williams.

Chichot losu polegał na tym, że wypadek miał miejsce na torze w Montrealu, jednym z ulubionych obiektów Polaka. Nasz gwiazdor udowodnił to w kolejnym roku, gdy bez traumy stanął na starcie i jako kierowca BMW Sauber odniósł swoje historyczne, pierwsze zwycięstwo w F1.

AG

Dowiedz się więcej na temat: Robert Kubica | F1 | Formuła 1 | williams

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje