Reklama

Reklama

Formuła 1. ​Wirtualne ściganie na ratunek w dobie koronawirusa

Życie nie znosi próżni. Po odwołaniu Grand Prix Australii Formuły 1 rywalizacja przeniosła się z toru w Melbourne do świata wirtualnego. W ciągu zaledwie dwóch dni zorganizowano internetowy "wyścig" "The Race's All-Star Esports Battle", do którego dołączyli nie tylko kierowcy Formuły 1 oraz IndyCar, ale również najlepsi, wielokrotnie nagradzani gracze z wielu krajów.

Wśród kierowców ze świata rzeczywistego byli między innymi Max Verstappen, którego przedstawiać nie trzeba, a ponadto António Félix da Costa, Maximilian Günther i Neel Jani z Formuły E, zwycięzcy Indianapolis 500 Juan Pablo Montoya, Simon Pagenaud i Will Power oraz gwiazdy serii IndyCar Colton Herta i Felix Rosenqvist.

Reklama

Przeciwko nim stanęli najlepsi wirtualni gracze na świecie - pięciokrotny mistrz Formula Sim Racing Bono Huis, triumfator oficjalnych rozgrywek Formuły 1 Brendon Leigh czy zwycięzcy konkursu World’s Fastest Gamer - Rudy van Buren i James Baldwin. Nie zabrakło Polaków. Wśród uczestników był między innymi zdobywca pucharu świata Esports WTCR Jakub Brzeziński.

Choć w stawce było wiele gwiazd, po których można by oczekiwać perfekcyjnej jazdy, wyścig miał chaotyczny przebieg. Verstappen został dwukrotnie obrócony przez rywali i ukończył zawody na 11. pozycji. Dwie kolizje zaliczył także Leigh, a Da Costa, aktualny lider punktacji Formuły E został wyrzucony z toru po uderzeniu przez rywala tnącego zakręt po trawie.

Najnowsze wiadomości o Robercie Kubicy!

Wśród "prawdziwych" kierowców najlepiej poradził sobie Rosenqvist, który dotarł na metę jako siódmy, pokonany m.in. przez Brzezińskiego (5 miejsce), a najlepszy okazał się Jernej Simoncić, zgarniając 4 tysiące dolarów nagrody.

Wirtualny wyścig obejrzało ponad pół miliona widzów. Oczywiście nie jest to liczba porównywalna z transmisjami prawdziwych wyścigów Grand Prix w telewizji, ale jak na imprezę zorganizowaną w ostatniej chwili, można uznać ją za całkiem dobrą.

O tym, że wirtualne rozgrywki to kopalnia talentów dla prawdziwych wyścigów, niektórzy wiedzieli od dawna. W 2008 roku Darren Cox, ówczesny szef Nismo czyli Nissan Motorsport stworzył pionierski program Nissan GT Academy, którego celem było znalezienie najlepszych graczy w Gran Turismo, wysłanie ich na obóz treningowy i przekonanie się, czy poradzą sobie w prawdziwym wyścigu na torze. Nagrodą miał być udział w jednej profesjonalnej imprezie - 24-godzinnym wyścigu w Dubaju, ale wychowankowie programu okazali się tak dobrzy, że zostali zakontraktowani przez Nissana, a potem kontynuowali karierę  w wielu seriach kategorii GT.

Najbardziej spektakularnym sukcesem było podium Brytyjczyka Janna Mardenborough w wyścigu 24h Le Mans, co zamknęło usta krytykom i mocno zatrzęsło tradycyjną drabinką rozwoju kierowców wyścigowych. Doskonałymi wynikami wielokrotnie błysnęli na torze zwycięzca pierwszej edycji Hiszpan Lucas Ordonez, Francuz Jordan Tresson czy Wolfgang Reip z Belgii. Podobne programy zaczęły powstawać w innych firmach.

Wspomniany wcześniej konkurs World’s Fastest Gamer to inicjatywa McLarena. Rudy Van Buren w ramach nagrody przez rok pracował w zaawansowanym symulatorze F1, a nawet dostał szansę wznowienia kariery w wyścigach.

Łowienie talentów w wirtualnym świecie nie jest tylko domeną renomowanych firm. Węgier Zoltán Zengő już na początku 21. wieku przyglądał się lokalnym graczom i uznał, że szczególnie jeden z nich zasługuje na test w prawdziwym samochodzie wyścigowym. Był to Norbert Michelisz, który po latach udanych startów w WTCC (Mistrzostwa Świata Samochodów Turystycznych) w zeszłym roku zdobył Puchar Świata Samochodów Turystycznych FIA, pokonując wielu renomowanych i doświadczonych kierowców.

Jesteśmy świadkami ciekawej sytuacji. Mniej lub bardziej poważne gry i symulacje wyścigowe były dotychczas traktowane przede wszystkim jako narzędzia do treningów i dobrej zabawy, a celem nawet najlepszych graczy był awans do prawdziwego świata i rozpoczęcie kariery w profesjonalnym sporcie wyścigowym. Nieodległa przyszłość pokaże, jakie będzie miejsce wirtualnego ścigania w świecie sportu.

Głównych zagrożeń dla sportu motorowego upatrywano dotychczas w wysokich kosztach, niebezpieczeństwie wypadku, szkodliwości dla środowiska czy też - od niedawna - rozwoju pojazdów autonomicznych. Czy wirtualne zmagania zastąpią kiedyś prawdziwe wyścigi na torze? Być może tak, ale nawet jeżeli, to z pewnością nieprędko.

Grzegorz Gac

Dowiedz się więcej na temat: Formuła 1 | koronawirus | Grzegorz Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje