Reklama

Reklama

Formuła 1 w dobie koronawirusa. ​Boże, chroń królową!

Chociaż trudno w to dziś uwierzyć, jeszcze dwa tygodnie temu, tuż przed rozpoczęciem Grand Prix Australii wydawało się, że tegoroczny sezon Formuły 1 wystartuje zgodnie z planem. Teraz jednak seria jest zupełnie sparaliżowana, podobnie jak cały światowy sportu. Wiadomością tygodnia jest decyzja o przesunięciu letnich igrzysk olimpijskich w Tokio na przyszły rok. Jaki los czeka najważniejsze serie wyścigowe? - analizuje ekspert Interii Grzegorz Gac.

Szef Formuły 1 Chase Carey poinformował niedawno, że celem władz jest w nowej sytuacji rozegranie od 15 do 18 wyścigów. Carey wspomina o możliwości wydłużenia sezonu. W takim przypadku ostatnie wyścigi odbyłyby się w pierwszych tygodniach 2021 roku. 

Reklama

Czy to realny scenariusz? Do tej pory odwołano lub przełożono pierwszych osiem wyścigów, przesuwając termin inauguracji sezonu na połowę czerwca czyli rundę na torze w Montrealu. Promotor Grand Prix Kanady na razie trzyma się pierwotnego planu i deklaruje optymizm, ale jak wiadomo, sytuacja może zmienić się z dnia na dzień. Wirus nie oszczędził także kraju klonowego liścia.

Z całą pewnością sytuacja będzie się różnie rozwijać w różnych państwach i regionach świata. Jedne kraje szybciej uporają się z wirusem, inne później. Nie wiemy jakie będą decyzje władz sportu w tym kontekście - czy będą czekać, aż pandemia wygaśnie na całym świecie czy też znaczący spadek liczby zachorowań, zwłaszcza w kluczowych krajach, będzie impulsem do rozpoczęcia ścigania.

Jak może wyglądać tegoroczny sezon? Jeżeli uda się rozpocząć ściganie w czerwcu w Kanadzie, do dyspozycji pozostanie do końca roku prawie 30 weekendów. Już zapowiedziano, że nie będzie letniej przerwy w sierpniu. Wiele wyścigów będzie się odbywało tydzień po tygodniu, co będzie sporym wyzwaniem dla całego personelu. Wizyty w domu będą rzadkim luksusem.

Mówimy o scenariuszu optymistycznym. Aby był on realny, najpóźniej na przełomie kwietnia i maja sytuacja powinna zacząć wyraźnie się poprawiać. Wirus powinien być wtedy zdecydowanie w odwrocie, a sytuacja bliska opanowania. Wtedy można będzie zacząć prace nad kalendarzem liczącym kilkanaście wyścigów. Które z nich odpadną, a które zostaną? W najtrudniejszej sytuacji są tory uliczne. Wiemy już na pewno, że nie będzie Grand Prix Monako, niemal z całą pewnością zabraknie  także wyścigów na ulicach Baku i w Melbourne. W pozostałych przypadkach decydującym czynnikiem może być sytuacja w poszczególnych krajach i regionach.

W najgorszej sytuacji są państwa goszczące najbardziej prestiżowe wyścigi europejskie o najdłuższej tradycji - Włochy, Wielka Brytania, Francja czy Hiszpania. Tam jest obecnie najwięcej zachorowań, a także niestety przypadków śmiertelnych. Można założyć, że walka z pandemią tam właśnie potrwa najdłużej. Trudno obecnie oceniać szanse innych torów europejskich. Czy zatem możliwy jest sezon Formuły 1 bez wyścigów w Europie? Wydaje się to nieprawdopodobne, ale kto by pomyślał jeszcze kilka tygodni temu, że pod koniec marca będziemy zastanawiać się, czy tegoroczny sezon w ogóle się rozpocznie.

Odpadnie zapewne Grand Prix USA, tym bardziej, że spółka zarządzająca torem w Austin balansuje na granicy bankructwa. Najbardziej prawdopodobne obecnie typy to Abu Zabi, Brazylia, Japonia i wspomniana Kanada. Być może pozbierają się Chiny, gdzie sytuacja się stabilizuje i jesienny wyścig w Szanghaju nie jest wykluczony.

Scenariusz mniej optymistyczny może być taki, że walka z wirusem przedłuży się do jesieni. Można założyć, że i wtedy władze będą dążyły do przeprowadzenia minimum ośmiu wyścigów na trzech kontynentach tak, aby zgodnie z regulaminem można było przyznać tytuły mistrzowskie. Szczególnie w tym wariancie opcja z wydłużeniem sezonu poza rok 2020 miałby zapewne zastosowanie, podobnie jak wyścigi przy pustych trybunach w razie braku stuprocentowej pewności, że zagrożenie minęło.

I wreszcie wariant trzeci - czarny scenariusz, w którym do jesieni sytuacja się nie poprawi i w ogóle nie zobaczymy ścigania w tym roku. Piszę to z ciężkim sercem, ale niestety trzeba się liczyć i z takim wariantem...

Największym zagrożeniem dla tegorocznych mistrzostw świata Formuły 1 jest fakt, że 90 procent zespołów ma swoje siedziby czy też fabryki w Wielkiej Brytanii i we Włoszech czyli w krajach najciężej dotkniętych pandemią i w których perspektywy są najgorsze. Tam też walka z wirusem potrwa zapewne najdłużej. Może więc się zdarzyć, że na takim czy innym torze będą warunki do przeprowadzenia wyścigu, ale zespoły nie będą mogły opuścić nadal ".zawirusowanych" terenów Wysp Brytyjskich czy też Półwyspu Apenińskiego.

Jakie zatem wnioski? Jeżeli chcemy oglądać wyścigi w tym roku, obserwujmy uważnie, co się dzieje w tych dwóch krajach, a zwłaszcza na Wyspach Brytyjskich. Słowem - Boże, chroń królową... i jej poddanych.

Grzegorz Gac

Dowiedz się więcej na temat: Formuła 1

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje