Formuła 1. Robert Kubica przestrzega przed konsekwencjami wpadki Williamsa w Barcelonie

Każdego, komu przez myśl by przeszło, że kompromitacja ekipy ROKiT Williams Racing podczas pierwszych dni testowych w Barcelonie wcale nie będzie miała wielkich reperkusji i uda się nadgonić stracony czas - na ziemię sprowadza sam Robert Kubica, wprost mówiąc o niepowetowanej stracie, która będzie miała swoje konsekwencje. Nieprawdopodobne jest też to, że polski kierowca oficjalnie bardzo późno dowiedział się, że zespół nie zdąży na czas z przygotowaniem samochodu.

Na zakończenie czterodniowych testów na torze Circuit de Catalunya pod Barceloną Kubica udzielił świetnego wywiadu dziennikarzom "Eleven Sports". Gdyby przyszedł do "terenowego" studia z nosem spuszczonym na kwintę i odpowiadał półsłówkami, bez wdawania się w szczegóły, nikt rozsądnie myślący nie mógłby mieć do niego większych pretensji. Wszak za ekipą z Grove, po koszmarnym poprzednim sezonie, równie kompromitujący początek nowego podczas oficjalnej, szalenie ważnej pierwszej tury testów w Hiszpanii.

Reklama

Podczas gdy pozostałe zespoły, na czele z najlepszymi w stawce, od poniedziałku intensywnie testowały bolidy, przejeżdżając setki kilometrów, Kubica i jego partner z zespołu George Russell do wtorku mogli tylko zazdrosnym okiem spoglądać na konkurentów. Jako pierwszy, w środę, na tor wyjechał Russell, a dopiero w czwartkowe przedpołudnie za kierownicą samochodu w końcu usiadł Polak. W momencie, gdy rywale realizowali zupełnie inny etap przygotowań do rozpoczynającego się 17 marca sezonu, krakowianin - niczym pierwszoklasista - był zmuszony zbierać podstawowe dane, a o jeździe na czas mógł tylko pomarzyć.

Mimo piętrzących się problemów, Kubica w telewizyjnym studiu stawił czoła sytuacji. Po raz kolejny udowodnił, że w światku wymuskanych oświadczeń i PR-owych konwenansów, jak nikt inny pragnie mówić szczerze, nie dając sobie zakneblować ust.

- Optymistycznie jest powiedzieć, że za mną pierwszy dzień testów, bo moja jazda trwała tak naprawdę 40 minut. Fakt jest taki, że czeka nas trudne zadanie, co wiedzieliśmy już przed sezonem. Jednak te problemy, to opóźnienie, nie ułatwiają nam zadania - rozpoczął krakowian, a dalej było tylko ciekawiej. - Start w Australii jest już praktycznie na wyciągnięcie ręki, rzeczy do przetestowania i przygotowania jest sporo, a ja tak naprawdę po pierwszym tygodniu testów wiem tyle, ile wiedziałem... tydzień wcześniej. Czyli bardzo mało albo nic.

Najbardziej niewiarygodnie zabrzmiała odpowiedź Kubicy na pytanie, kiedy dowiedział się, że takie opóźnienia będą miały miejsce, a on dopiero ostatniego dnia wsiądzie do modelu FW42.

- Ten temat jest delikatny... (...) Dowiedziałem się o tym bardzo późno, co jest zaskakujące. Myślę, że były próby, by to wszystko się udało, bo wiadomo, że nadzieja umiera ostatnia, ale realia są takie, że jak nie ma się części do powstania bolidu, to ten bolid nie powstanie. Na pewno było o tym wiadomo sporo wcześniej. Cała ta sytuacja, w której znalazł się zespół, nie sprowadza się tylko do problemu utraty dwóch dni testów. Uważam, że będą tego większe konsekwencje - powiedział Kubica.

Nasz jedynak w F1 zgodził się ze stwierdzeniem dziennikarza, że dodatkowy feler polega na tym, że Williams musi zrobić większy postęp niż inni, by zbliżyć się do pozostałych zespołów. Jednak i w tym przypadku odpowiedział ze znaną sobie swadą. - To jest fakt, ale tu za bardzo wchodzimy w osiągi. Najpierw powinniśmy pomyśleć o tym, żebyśmy bez problemu jeździli bolidem i żeby to auto było w pełnej konfiguracji - wypalił nasz zawodnik.

Bezkompromisowa rozmowa trwała w najlepsze i w pewnej chwili Kubica dodał, że mimo braku oficjalnej informacji w sprawie opóźnień z testami, swoje podejrzewał. - Parę oczu i mózg mam, po fabryce mogę się przejść, dlatego własne zdanie mogę sobie wyrobić. (...) Nie trzeba być geniuszem, że jeśli wszystko buduje się na ostatnią chwilę, to w pewnych rzeczach trzeba pójść na skróty - dodał.

Kubica żywi nadzieję, że w przyszłym tygodniu, gdy od wtorku do piątku potrwa druga tura testów, już będzie dysponował swoim kompletnym "narzędziem". Jednak i przy tej okazji od razu odwołuje się do zdrowego rozsądku. - Nie możemy tutaj mówić o nadrabianiu czasu, bo tego czasu już nie da się nadrobić, tylko żeby nie tracić kolejnego. Tak jak mówiłem, konsekwencje dwóch dni z tego tygodnia będą dopiero wychodziły. Ktoś, kto zna się na tym sporcie i chce podejść do sytuacji realistycznie, dobrze wie, że następstwa tego są dużo większe - podkreślił nasz zawodnik, dodając, że w czwartek tylko 10 z 48 okrążeń przejechał z rozsądną prędkością.

Nasz sportowiec zakończył wywiad, tak jak go zaczął, gdy na słowa dziennikarza, że sytuacja i tak jest lepsza niż rok temu o tej samej porze, zareagował zręczną ripostą. - Też to słyszałem, ale to krótkowzroczne myślenie. To, jak powinny wyglądać wyścigi Formuły 1, do których byłem przyzwyczajony, trochę się różni, ale trzeba umieć odnaleźć się w różnych sytuacjach, nawet tych nieperfekcyjnych. Dlatego mam nadzieję, że w przyszłym tygodniu będę mógł skupić się na swojej robocie i będę w stanie wyeliminować ryzyko większych konsekwencji tego, że nie jeździliśmy w tym tygodniu - podsumował 34-letni Kubica.

AG

Dowiedz się więcej na temat: Robert Kubica | Formuła 1 | Rokit Williams Racing

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje