Reklama

Reklama

Formuła 1. Lata siedemdziesiąte: epoka wolności

​Lata siedemdziesiąte ubiegłego stulecia to ostatnia epoka w historii wyścigów, w której było jeszcze sporo pewnego rodzaju romantyzmu, magii i improwizacji. To niezapomniane pojedynki Nikiego Laudy i Jamesa Hunta, dwóch zupełnie odmiennych charakterów, stylów życia i zachowań, ale tę dwójkę kierowców łączyło jedno. Ścigali się, bo to kochali i nie bali się ryzyka.

Tamte czasy należą do najbardziej barwnych rozdziałów w historii Formuły 1. Kierowcy byli dostępni na wyciągnięcie ręki dla kibiców, którzy niemal wchodzili do garaży zespołów, a wszystkie drzewa, słupy i dachy w okolicach torów uginały się od spragnionych wrażeń fanów.

Reklama

Wystartować w wyścigu Formuły 1 było znacznie łatwiej, niż obecnie. Rotacja kierowców była bardzo duża. Wystarczyła walizka pieniędzy lub bogaty sponsor plus trochę umiejętności, aby stanąć na starcie. Zdarzało się, że w trakcie sezonu przez serię przewijało się ponad 50 kierowców!

Kontrakty nie zobowiązywały zespołów do startów w całym sezonie. Nie brakowało więc śmiałków, którzy stawali na starcie pojedynczego wyścigu samochodem zbudowanym w przysłowiowej szopie. Niewiele przesady jest w stwierdzeniu, że konstrukcje z tamtych lat przypominały swoim poziomem zaawansowania dzisiejsze gokarty. Monokok z włókna węglowego miał zadebiutować na torze dopiero w następnej dekadzie, zawieszenie było bardzo proste, aerodynamika była projektowana "na oko", bez setek przymocowanych do nadwozia i podwozia czujników, bez  tysięcy godzin testów w tunelu aerodynamicznym.

Oczywiście wyścigi wygrywały zwykle dopracowane konstrukcje większych producentów, ale już grupa kilkunastu utalentowanych inżynierów w przyzwoicie wyposażonym garażu była w stanie zbudować samochód zdolny do zdobywania punktów w Formule 1, a największym wyzwaniem było optymalne zabudowanie bardzo popularnego w tamtych czasach silnika Cosworth DFV.

Dla niektórych kierowców i konstruktorów problemem było zakwalifikowanie się do wyścigów. Niektórzy wręcz stanowili zagrożenie na torze. Niebezpieczne były same obiekty. Zamiast żwirowych pułapek jako zabezpieczenie służyły niekiedy bele słomy czy worki wypełnione piaskiem! Nawierzchnia toru była często bardzo nierówna, a kibiców nie odgradzały od toru wysokie siatki, a zwykłe drogowe bariery.

Ciekawostek - z dzisiejszej perspektywy - było dużo więcej. Nie było procedur bezpieczeństwa, szkoleń dla flagowych, czy choćby stałego kierowcy samochodu bezpieczeństwa. W alei serwisowej nie było kontroli dostępu, nie obowiązywało ograniczenie prędkości, nie wymagano ognioodpornych kombinezonów i kasków, mechanicy palili papierosy, siedząc na zwykłych kanistrach z paliwem, a używane przez nich narzędzia nie przechodziły żadnej certyfikacji.

Dzisiaj trudno uwierzyć, że w takich warunkach mogły odbywać się jakiekolwiek wyścigi. Ta luźna atmosfera miała jednak swój niezapomniany urok. Kiedy kierowca wygrywał, balował do rana w asyście pięknych kobiet przy akompaniamencie hektolitrów alkoholu, używek w postaci papierosów, czy nawet mocniejszego. Znacznie mocniejszego...

Dowiedz się więcej na temat: Formuła 1 | niki lauda

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje