Reklama

Reklama

Formuła 1. Kubica i spółka w pogoni za adrenaliną

Kierowcy Formuły 1 przyzwyczaili nas, że w okresie wakacji, zimowej przerwy, a nawet pomiędzy wyścigami zajmują się rzeczami, które niekiedy są bardziej niebezpieczne dla ich zdrowia i życia, niż ściganie - pisze w swoim felietonie ekspert Interii Grzegorz Gac.

Jazda samochodami rajdowymi, motorówkami, motocyklami, zamiana kokpitu z kierowcą innej serii - to wszystko już było. Jednak pogoń za dodatkową porcją adrenaliny niekiedy przynosi problemy. Przekonało się o tym wielu najlepszych kierowców.

Kolumbijczyk Juan Pablo Montoya, w czasach swojej przygody z zespołem McLaren, uwielbiał spędzać wolny czas na motocyklu crossowym. Podczas jednej z przejażdżek Montoya przewrócił się i złamał obojczyk. Zespół wielokrotnie zaprzeczał doniesieniom, że kontuzja jest spowodowana jazdą na motocyklu i przedstawiał wersję o sparingu tenisowym w Madrycie, gdzie Kolumbijczyk miał się przewrócić i wtedy doznał kontuzji.

Reklama

Kolejnym pechowcem był Mark Webber, który podobnie jak Robert Kubica uwielbia jazdę na rowerze. Australijczyk miał pecha przed rozpoczęciem sezonu 2009, gdy jesienią poprzedniego roku zderzył się z samochodem i złamał nogę. Miało to miejsce podczas eventu charytatywnego na Tasmanii.

Najnowsze wiadomości o Robercie Kubicy!

Siedmiokrotny mistrz świata Michael Schumacher lubił w wolnym czasie jeździć na motocyklu, na nartach, na koniu, czy też grać w piłkę. W 2009 roku Niemiec przewrócił w Hiszpanii podczas testów motocykla Honda Fireblade niemieckiego zespołu Holzhauer Racing. Na szczęście nie odniósł poważnych obrażeń, ale incydent miał swoje konsekwencje później. Kiedy wypadkowi na Hungaroringu uległ Felipe Massa, Schumacher został zaproszony do startu w zastępstwie Brazylijczyka. Musiał jednak odmówić, ponieważ uraz pleców nadal dawał o sobie znać. Tym samym nie zobaczyliśmy powrotu mistrza na tor.

Jednak pogoń za wrażeniami i adrenaliną miała swój tragiczny finał kilka lat później. Grudzień 2013 roku, Alpy francuskie. Schumacher jadąc na nartach wybiera niebezpieczną, pełną skał trasę, gdzie nie powinno nikogo być. Traci równowagę, przewraca się i uderza głową w kamień. Kamera umieszczona na kasku pogarsza sprawę. Schumacher z poważnym urazem mózgu trafia do szpitala i od tamtej pory nikt tak naprawdę nie wie, jaki jest jego stan. Rodzina konsekwentnie utrzymuje to w tajemnicy.

Historia najlepiej nam (niestety) znana. 6 lutego 2011, Ronde di Andora - lokalny rajd we Włoszech. Robert Kubica przygotowuje się do sezonu. Nagle docierają do nas tragiczne wieści. Rajdówka Polaka wypada z trasy, uderza w przydrożną barierę, która dosłownie przebija samochód. To cud, że Kubica i jego pilot uszli z życiem. Kierowca doznał jednak bardzo ciężkich obrażeń. Lokalna impreza przerwała marzenia Polaka i milionów kibiców. Włoskim lekarzom udało się uratować jego prawą rękę. Przerwa i rekonwalescencja trwała długie 8 lat, ale Kubica wrócił do stawki Formuły 1 i pokazał, że nadal jest w stanie się ścigać.

Kolejnym kierowcą, który szukał wrażeń po "chwilowym" odejściu w Formuły 1 był Fin Kimi Räikkönen. Obecny kierowcy Alfy Romeo przesiadł się do samochodu rajdowego i ścigał się z najszybszymi kierowcami WRC. Nie brakowało kolizji i wypadków, a jeden mógł skończyć się naprawdę źle. Podczas Rajdu Bułgarii Citroën prowadzony przez Fina wypadł z trasy i koziołkując wpadł w drzewa. To nie był jedyny raz, kiedy Räikkönen wraz ze swoim pilotem nie doznali większych obrażeń.

Ostatnio na torze Jerez w Hiszpanii doszło do zamiany miejsc pomiędzy Lewisem Hamiltonem, a Valentino Rossim. W dniu tego historycznego wydarzenia oraz kilkanaście godzin następnego dnia nie opublikowano żadnych materiałów wideo ani zdjęć. Jak informowała włoska prasa, było to związane z tym, że Brytyjczyk miał zaliczyć wywrotkę, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Nie od dziś wiadomo o zamiłowaniu Hamiltona do motocykli. Na europejskie wyścigi często przyjeżdża swoimi maszynami. Nikt nie potwierdził doniesień o wypadku. Być może dowiemy się o nim oficjalnie za parę lat. Jeżeli rzeczywiście do niego doszło, to kierowca Mercedesa miał sporo szczęścia, że nie skończyło się ona o wiele bardziej dotkliwie. Z motocyklem nigdy nie ma żartów.

Jak widać, praca w kokpicie samochodu wyścigowego nie dla wszystkich jest wystarczająco ekscytująca. Robota to robota, a prawdziwych wrażeń trzeba poszukać gdzie indziej.

Grzegorz Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL