Reklama

Reklama

Formuła 1. Grzegorz Gac: Marzenia się spełniają

To o czym marzyliśmy od ponad ośmiu lat stało się faktem w minioną niedzielę, parę minut po godzinie 6 rano. Robert Kubica stanął na starcie wyścigu Formuły 1, w co pesymiści wątpili jeszcze kilka dni temu, obawiając się, że Williams przywiózł do Melbourne zbyt mało części, by wystawić dwa samochody. Części wystarczyło i obydwa Williamsy wykonały plan czyli wystartowały i dojechały do mety - podsumowuje Grand Prix Australii ekspert Interii Grzegorz Gac.

Zaczęło się od nietypowego problemu - gdy Kubica ustawił samochód na swoim polu startowym, okazało się, że nie widzi świateł. Warto podkreślić niezwykle istotny szczegół - był to pierwszy start zatrzymany Kubicy od jego ostatniego wyścigu w Formule 1 czyli od Grand Prix Abu Dhabi w 2010 roku. Gdy zgasły czerwone światła, zakręciły się w miejscu twarde opony Polaka, a tuż po starcie stracił przednie skrzydło - w kolizji z Pierrem Gaslym - i musiał zaliczyć nieplanowany postój w boksie. Nowe skrzydło, które otrzymał nie było w najlepszym stanie (to efekt owego braku części...). Szczęśliwie strata lusterka na trzecim okrążeniu była ostatnim z serii pechowych zdarzeń i później Kubica musiał zmagać się już "tylko" z nie najlepszym czuciem samochodu. Gdy jednak odnalazł rytm, tempo było coraz lepsze, chociaż - jak sam powiedział po wyścigu - wydawało mu się, że stoi w miejscu! Bez dalszych przygód dotarł do mety, zaliczając jako jedyny w stawce trzy postoje, za swoim kolegą z zespołu George’m Russellem.  

Reklama

W sumie zatem bardzo trudny weekend, którego obawialiśmy się, zakończył się stosunkowo nieźle, chociaż trzeba pamiętać, że nasze oczekiwania nie były duże po wydarzeniach ostatnich tygodni. Sami kierowcy Williamsa przyznają, że można znaleźć trochę pozytywów. W sesji kwalifikacyjnej okazało się, że nie ma obaw o zmieszczenie się w limicie 107 procent. Ci, którzy jeszcze w piątek bili na alarm, w sobotę zamilkli.

W niedzielę Kubica rozwiał wątpliwości, co do jego sprawności fizycznej na starcie i w pierwszym zakręcie, a trzeba pamiętać, że jeszcze niedawno kwestionowali ją nawet niektórzy spośród tych, którzy teraz biją mu brawo. Oczywiście, obydwaj kierowcy Williamsa jechali swój wyścig, kontynuując testy. Widok RUS i KUB na dwóch ostatnich miejscach przez cały wyścig nie był przyjemny, ale musimy przyzwyczaić się do tego, bo przez najbliższe kilka wyścigów to się nie zmieni, chociaż piszę to z ciężkim sercem. Ważne, że obydwaj kierowcy przejechali cały wyścig, bo każdy kilometr, każde okrążenie to porcja cennych danych dla zespołu, zwłaszcza po straconych dniach testowych.

Kubica wystartował i ukończył wyścig. Nieważne, że na ostatnim miejscu. Nieważne, że ze stratą trzech okrążeń do zwycięzcy. I nawet nieważne, że jego najszybsze okrążenie było ponad 3,5 sekundy wolniejsze od wyniku Bottasa i ponad pół sekundy od Russella. Na więcej nie pozwolił sprzęt. Zresztą nie wiemy, czy obydwaj kierowcy Williamsa dysponowali samochodami o identycznych osiągach. O ile porównywanie ich wyników nie ma sensu, Russell to bez wątpienia bardzo dobry i utalentowany kierowca. W końcu tytuły mistrzowskie w serii GP3 i w Formule 2 w dwóch ostatnich latach nie wzięły się znikąd.

Kubica przejechał całe pierwsze okrążenie bez skrzydła, zaliczył też jeden postój więcej, ten pierwszy o ponad 10 sekund dłuższy, niż standardowe pit stopy. Gdy powrócił na tor, niemal od razu był dublowany. Każdy taki manewr to kolejna strata czasu, zwłaszcza gdy brakuje lusterka, bo trzeba podwójnie uważać po ujrzeniu niebieskiej flagi. Można też przypuszczać, że Kubica, wiedząc w jakiej kondycji jest samochód i mając świadomość braku części, jechał zachowawczo. Umiejętność gospodarowania potencjałem samochodu to jedna z podstawowych cech doświadczonego kierowcy. To tylko niektóre czynniki, które zaważyły na niedzielnym wyniku Roberta Kubicy.

Najlepsze okrążenie Russella w wyścigu - załóżmy na chwilę, że miał nieco lepszy samochód niż Kubica - było o ponad 3 sekundy wolniejsze od Bottasa. To przepaść. Tyle że Williams nie będzie na razie walczył o tytuł mistrza świata. Spójrzmy więc na porównanie czasów z kierowcami zespołów środka stawki. Tutaj różnice są znacznie mniejsze i wynoszą średnio 1 - 2 sekundy. Podobne wyniki daje analiza czasów sesji kwalifikacyjnej. Oczywiście, takie porównania bywają mylące, bo czasy są osiągane w różnych warunkach, na różnych oponach, ale do naszych celów na tym etapie to wystarcza. I to porównanie, pokazujące, gdzie jest Williams w stosunku do swoich prawdziwych rywali - powiedzmy Racing Point, bo nie Mercedesa przecież, wypada zdecydowanie bardziej optymistycznie. Powiedzmy, że aby ścigać się z Perezem czy Strollem Williams musi znaleźć średnio 1,5 sekundy na okrążeniu. To nadal dużo, ale znacznie mniej, niż w przypadku porównania z czołówką.  

Co by nie mówić, sam fakt, że po wydarzeniach minionych ośmiu lat, a także ostatnich miesięcy Robert Kubica ukończył wyścig - to jest jego wielkie zwycięstwo. Na kolejne poczekajmy. Bądźmy cierpliwi. To nie koniec tej historii. To dopiero początek.

Co dalej? Jak zaznaczyliśmy w tytule marzenia się spełniają (chociaż nie zawsze...). Marzenie o powrocie do F1 właśnie się spełniło. Pozostaje nam wierzyć, że i kolejne - o powrocie do czołówki także się spełni, o dalszych na razie nie wspominając. Z tym, że z pewnością jeszcze nie za niespełna dwa tygodnie w Bahrajnie...  

Grzegorz Gac

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama