Delegacja F1 gościła w Polsce. Sensacyjny ruch, to tam miał odbyć się wyścig
Formuła 1 nie bez powodu nazywana jest królową motorsportu. Najszybszych kierowców globu gościć co roku chce kilkadziesiąt państw, jednak miejsce w kalendarzu jest ograniczone. I kto wie, czy przez moment nie znajdywałaby się w nim Polska. Spory szum wokół rundy w kraju nad Wisłą zrobił się w ubiegłym stuleciu. W sprawę zaangażował się syn ówczesnego premiera. Działania niektórych osób doprowadziły do tego, że w delegację wybrali się najważniejsi działacze.

Dziś organizacja wyścigu F1 w Polsce jest czymś z gatunku science-fiction. W naszym kraju nie ma choćby jednego nowoczesnego toru spełniającego minimalne standardy. Ponadto w kolejce znajduje się mnóstwo innych państw. Niedawno swego dopięli Portugalczycy. Najszybsi kierowcy globu zawitają do Portimao od sezonu 2027. W tymże roku gwiazdy pościgają się między innymi na Węgrzech. Hungaroring gości królową motorsportu od poprzedniego stulecia.
O tym legendarnym obiekcie wspominamy nie bez powodu. Być może zamiast niego, w kalendarzu mistrzostw świata znalazłby się tor w… Poznaniu. Formuła 1 w Polsce była całkiem realna pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku. Sprawę nie tak dawno opisał Przegląd Sportowy Onet, który porozmawiał z Andrzejem Jaroszewiczem. Syn ówczesnego premiera zdradził ciekawe smaczki. I co ciekawe, to on jako pierwszy nasz rodak poprowadził jednomiejscowy bolid używany w prestiżowej serii.
Wracając do stolicy Wielkopolski, szanse na organizację zmagań w pewnym momencie były dosyć spore. Bernie Eccletsone, ówczesny szef F1, zamarzył sobie wyścig w państwie zza żelaznej kurtyny. Polska znalazła się na krótkiej liście potencjalnych kandydatów. Zawitała do niej nawet specjalna delegacja. "Obejrzeli tor, zmierzyli kąty nachylenia i okazało się, że dwa zakręty są do poprawy. Trzeba było jeszcze zbudować infrastrukturę, bo tor miał tylko nawierzchnię. Bardzo dobrą, jak na ówczesne czasy, ale tylko nawierzchnię" - przyznał Andrzej Jaroszewicz.
Polacy blisko wyścigu Formuły 1. Bolesny koniec marzeń, wybór padł na Węgrów
"Nie było depo (boksy dla zespołów - przyp. red.), nie było wieży, nie było pomiaru. Mieliśmy je w planach. Lokalizacja była dobra, bo niedaleko było lotnisko, w mieście była odpowiednia baza hotelowa. W tamtych czasach Poznań był takim oknem na świat, bo odbywały się tam targi" - dodał w tym samym wywiadzie. I gdy wydawało się, że wszystko zmierza do pozytywnego rozstrzygnięcia, na przeszkodzie stanęła polityka. Tatę rozmówcy Przeglądu Sportowego Onet na stanowisku premiera zastąpił Edward Babiuch, który już mniej przychylnym okiem spoglądał w stronę możliwego święta motorsportu.
W międzyczasie do gry wkroczyli Węgrzy i ambitny pomysł Polaków błyskawicznie spalił na panewce. Początkowo rozważano tam wyścig na torze ulicznym, lecz ostatecznie postanowiono wybudować nowoczesny Hungaroring. Królowej motorsportu służy on do dziś. Organizatorom zależało tak bardzo, że z pracami uwinęli się w zaledwie osiem miesięcy. "Na pierwsze zawody 10 sierpnia 1986 r. przybyło niespełna 200 tys. widzów. Polskie marzenia prysły" - czytamy w artykule Przeglądu Sportowego Onet.
Kilkadziesiąt lat później znów pojawił się temat toru F1 w Polsce. Tym razem wskazano Gdańsk. "Ma być położony na terenach należących do miasta. Jego zaletą ma być m.in. bliskość obwodnicy, autostrady, lotniska i portu morskiego, co zachęcać ma do odwiedzenia obiektu również kierowców z zagranicy" - informował dział motoryzacji na Interii. Niestety w tym przypadku również skończyło się na planach oraz efektownych grafikach. Tekst do przeczytania TUTAJ.













