Chwila nieuwagi i taki incydent. Ferrari słono za to zapłaci
Podczas jednego z treningów przed Grand Prix Singapuru doszło do incydentu, który na kilka godzin zdominował rozmowy w padoku Formuły 1. W alei serwisowej toru Marina Bay Ferrari niebezpiecznie wypuściło Charlesa Leclerca, co zakończyło się kolizją z Lando Norrisem z McLarena. Sędziowie po krótkim dochodzeniu uznali winę włoskiej ekipy i nałożyli na nią karę finansową.

Do zdarzenia doszło podczas drugiej sesji treningowej, która i tak była już mocno chaotyczna z powodu dwóch czerwonych flag. Najpierw w bandzie znalazł się George Russell, później z problemami zmagał się debiutant Liam Lawson. Zespoły spieszyły się, by w ograniczonym czasie wykonać jak najwięcej okrążeń, co potęgowało presję i nerwową atmosferę w alei serwisowej. W tym kontekście Ferrari popełniło błąd - mechanik odpowiedzialny za wypuszczenie Leclerca błędnie ocenił sytuację i dał kierowcy niejasny sygnał. Monakijczyk, nie mając pełnej widoczności, ruszył w momencie, gdy obok pojawiał się już Lando Norris.
Kontakt Leclerca z Norrisem w pit-lanie. Nie mogło być inaczej, Ferrari ukarane grzywną
Kontakt obu samochodów był nieunikniony. Na szczęście prędkości w pit-lane są ograniczone, więc zderzenie miało stosunkowo łagodny przebieg. Najbardziej ucierpiała maszyna Norrisa, w której uszkodzone zostało przednie skrzydło. McLaren musiał wymienić element, co zakłóciło plan przygotowań Brytyjczyka do weekendu. Sam Leclerc uniknął większych strat, ale jego wyjazd na tor również został opóźniony.
Po treningu sędziowie przesłuchali obie strony i szybko ustalili, że odpowiedzialność ponosi Ferrari. W dokumentacji podkreślono, że Leclerc działał zgodnie z sygnałami zespołu i nie miał szans samodzielnie ocenić sytuacji. Kara finansowa w wysokości 10 tys. euro była więc skierowana bezpośrednio do ekipy z Maranello.
Leclerc, pytany później o incydent, nie ukrywał, że całe zajście wynikało z chaosu w pit-lane. "Wyglądało to tak, jakby oba McLareny wyjeżdżały w tym samym czasie, więc mechanik sądził, że pojadą wolno. Nie miałem żadnego sygnału, by się zatrzymać. W takich przypadkach kierowca całkowicie polega na zespole. Czasem coś takiego się zdarza, szczególnie gdy po czerwonych flagach wszyscy próbują jak najszybciej wrócić na tor" - tłumaczył kierowca Ferrari w rozmowie ze Sky Sports.
Choć kolizja Leclerca z Norrisem nie miała bezpośredniego wpływu na klasyfikację czy dalszy przebieg weekendu, pokazała, jak newralgicznym miejscem jest aleja serwisowa. Błąd jednej osoby potrafi zakłócić pracę całego zespołu i narazić rywali na straty. Ferrari, które w tym sezonie i tak musi zmagać się z falą krytyki za niejednoznaczne decyzje strategiczne, otrzymało kolejną lekcję ostrożności. W Singapurze ich pomyłka zakończyła się tylko grzywną i drobnymi uszkodzeniami. W innych okolicznościach mogłoby być o wiele gorzej.












