Wielka postać reprezentacji patrzy na kadrę z podziwem. "Trafiliśmy w dziesiątkę"
Maciej Zieliński, reprezentant Polski w latach 1989-2003, nie ma wątpliwości, że dotarcie do ćwierćfinału mistrzostw Europy to sukces kadry narodowej. - Trener Milicić jest znany z tego, że świetnie przygotowuje taktykę pod każdego rywala. Widać było, że wiemy, jak z każdym grać, ale w koszykówce decydują też indywidualne umiejętności i czasem zawodnika po prostu nie da się zatrzymać. To z jednej strony pokazuje zaangażowanie sztabu, a z drugiej serce i walkę chłopaków - uważa.

Andrzej Klemba, Interia.pl: Reprezentacja Polski na Eurobaskecie odniosła sukces, zrealizowała cel, a może poniosła porażkę, bo trzy lata temu była czwarta, a teraz nie awansowała do półfinału?
Maciej Zieliński: Wydaje mi się, że sukces, choć wiadomo, że sportowca porażka, które eliminuje z turnieju, zawsze bardzo boli. Natomiast zdawałem sobie sprawę z klasy drużyny tureckiej i że o zwycięstwo będzie bardzo trudno. I tak też było. W skali całego turnieju to były bardzo dobre mistrzostwa w wykonaniu naszej ekipy.
Mam trochę wrażenie, że trener szył z tego, co miał i niemal zadziałało wszystko. Zwycięstwa ze Słowenią czy Izraelem to były niespodzianki. A kiedy było źle z Islandią, to ściany pomogły.
- Drużyna trenera Milicicia bardzo dobrze spisała się w grupie. Zajęła drugie miejsce i znalazła się w dobrej pozycji przed fazą pucharową. Jak wszystko się układa, to gra się łatwo. Trudniej jest wygrać spotkanie, jak nie idzie. I tak było właśnie z Islandią. Wtedy widać charakter zespołu. Dużo nam nie wychodziło, ale mieliśmy serce do walki i wygraliśmy. To też pokazało, jak dobrze sztab przygotował zespół.
Chyba nas trochę trener Milicić nabrał przeciętną grą w sparingach przed Eurobasketem? I właściwie w każdym meczu napędziliśmy stracha rywalom - nawet Turkom, którzy prowadzili 22 punktami, a Polska zmniejszyła straty do ośmiu.
- Rzeczywiście w ćwierćfinale serce znów zaczęło szybko bić. Przewaga rywali malała, ale jednak to za silna drużyna. Do sparingów nie ma co przywiązywać większej wagi. Trener Milicić jest znany z tego, że świetnie przygotowuje taktykę pod każdego rywala, a do tego szczegółowo rozpracowuje zawodników. I to w stu procentach się sprawdziło. Widać było, że wiemy, jak z każdym grać, ale w koszykówce decydują też indywidualne umiejętności i czasem zawodnika po prostu nie da się zatrzymać. To z jednej strony pokazuje zaangażowanie sztabu, a z drugiej serce i walkę chłopaków.
Trener kilka razy powtarzał, że jest dumny z zawodników za to, jak pracowali i jak mu zaufali.
- Dzięki temu właśnie świetnie funkcjonowaliśmy jako drużyna. Każdy znał miejsce wyznaczone mu przez trenera i wykonywał zadania najlepiej, jak potrafił. To jest sport zespołowy i indywidualne ambicje trzeba poświęcić dla dobra drużyny. Widać było, że wszyscy się temu podporządkowali, a nie myśleli o swoich statystykach.
Czego panu zabrakło? Może większego wsparcia z ławki rezerwowych. Trener grał jakby miał tylko siedmiu, ośmiu zawodników, a nie dwunastu. Dopiero w ostatnim meczu Aleksander Dziewa pokazał, że potrafi zdobywać punkty.
- Wynik osiągnęliśmy bardzo dobry, więc tego trzeba się trzymać. Rzeczywiście, graliśmy bardzo wąską rotacją. Trener coś próbował, ale ta rezerwowa czwórka większych szans nie dostawała. Trzeba jednak pamiętać, że zadaniem szkoleniowca na takim turnieju jest odnoszenie zwycięstw, a nie ogrywanie wszystkich zawodników. Trener jest rozliczany ze zwycięstw i sporo się udało na tych mistrzostwach. A Olek Dziewa świetnie wystrzelił z Turcją. Czy byłoby tak w innych meczach, to możemy tylko gdybać. Na pewno ta wąska rotacja sprawiła, że podstawowi zawodniczy byli bardzo zmęczeni, ale taki jest sport. Trzeba wychodzić i grać, a oni po prostu dawali z siebie wszystko na miarę możliwości.
Jak ważny dla tej kadry jest Jordan Loyd. Zbliżają się kwalifikacjach do mistrzostw świata i nie jest na razie pewne, że będzie w nich grał.
- Pokazał, że jest bardzo ważny. Jak naturalizować zawodnika, to takiego, by był wzmocnieniem kadry. A my trafiliśmy w dziesiątkę. To wysokiej klasy koszykarz. Zdobywał punkty, kiedy trzeba, a do tego okazał się profesjonalistą. Sam potrafi wykreować sobie pozycje, a także podać i bronić.
I chyba szybko odnalazł się w reprezentacji?
- Nie poznałem go, ale też mi się wydaje, że pasuje do tego zespołu jako człowiek. Z obserwacji wynika, że zżył się z drużyną, choć czasu miał niewiele. Kadra dobrze go przyjęła i była z tego wielka korzyść.
Czy ten turniej będzie miał pozytywny wpływ na koszykówkę w Polsce? Pomoże w zachęceniu do uprawiania tego sportu?
- Ja też ubolewam, że nie jest tak popularna jak kiedyś. Teraz to zadanie związku, żeby wykorzystać to, jakie występy kadry w Spodku wzbudziło zainteresowanie wśród kibiców. Atmosfera w Katowicach była znakomita. Doświadczyłem na własnej skórze. Trzeba grzać i napędzać pasję do tego sportu. Samo się nie zrobi. Zbliżają się eliminacje do mistrzostw świata i już to należy promować. I szukać nowych kibiców, starać się docierać do dzieciaków i zachęcać do uprawiania koszykówki. To efektowny i piękny sport.











