Z piekła do nieba - fatalnie zaczęliście mecz z Bośnią, ale się podnieśliście i awansowaliście od czołowej ósemki mistrzostw Europy.
Kamil Łączyński: Głos mi się łamie. Fatalnie weszliśmy w mecz. Nie wiem, czy byliśmy rozkojarzeni porą rozgrywania spotkania, bo przyzwyczailiśmy się do 20:30, a nagle gramy o 12. Potwierdziło się, że nieważne jak zaczynasz, tylko jak kończysz. W drugiej połowy pokazaliśmy pazur i wykorzystaliśmy słabości rywala. W końcu też zaczęły nam wpadać rzuty. Dobrą zmianę dał Andrzej Pluta, dołączył Olek Balcerowski. Do tego Mateusz Ponitka, Jordan Loyd i Michał Sokołowski byli tam, gdzie być powinni. Dobrze zagrał Dominik Olejniczak, a Przemek Żołnierewicz wywiązywał się z zadań defensywnych. Każdy, kto wychodzi na boisko, musi dać coś od siebie i tak właśnie było w drugiej połowie. W pierwszej zabrakło i sam mam sobie sporo do zarzucenia. Cieszy to, że awansowaliśmy i teraz wszystkie siły na Turcję.
Długo nie mogliście się dobudzić w tym meczu.
- Przede wszystkim skuteczność była słaba i tego nie da się ukryć. W pierwszej połowie mieliśmy tylko sześć trafionych rzutów za dwa na 20 prób. Nie oszukujmy się, zawodziło dużo, bo nie trafialiśmy nawet rzutów wolnych. Piłka nie trafiała nam do rąk, a do tego często ją gubiliśmy. Nie układało się, ale w końcu się ułożyło i to się liczy.
Wykorzystaliśmy swoje moce strony i słabe Bośniaków.
Rywale na początku trafiali za trzy jak z nut. Nawet ich trener nie dowierzał.
- Rzeczywiście aż kręcił głową, bo rzucał zawodnik, którego mieliśmy odpuszczać. Tak się zdarza, to jest koszykówka. Trafiają czasami zawodnicy, po których tego się spodziewasz, a nie trafiają ci, którzy grają zwykle na świetnej skuteczności.
A wam czasem nawet piłka wypadała z kosza...
- No tak było i czasami tak się zdarza. Dlatego dobrze jest to przełamać, inną metodą jakoś zdobyć punkty. I tak zaczęliśmy robić na boisku, mijaliśmy się, rozrzucaliśmy i te pozycje były już bardziej otwarte. Andrzej Pluta miał chyba dwukrotnie z rogu taką pozycję, że mógł czekać, czekać i dopiero złożyć się do rzutu. O to chodziło, żeby być agresywnym, ale nie robić szalonych rzutów, tylko wchodzić pod kosz, otwiera się w nowym oknie, stworzyć przewagi i podawać na wolne pozycje.
Pokazaliście charakter naprawdę wielki, bo można było się przy takiej słabej grze się załamać.
- Polacy mają charakter. Pokazaliśmy to nie jednym meczu, czy to w Katowicach, czy we wcześniejszych spotkaniach. Tego nam na pewno nie brakuje. Jesteśmy twardą ekipą, z którą nikt nie chce się mierzyć, bo z nami nie gra się łatwo.
W końcówce graliście tak już chyba z rozmysłem i na spokojnie.
- Tak chcieliśmy, a przy okazji kraść czas. Graliśmy długie akcje i jak byłyby punkty, to super, a jak nie, to przynajmniej 24 sekundy zarobione.
Mentalnie to był trudny mecz, bo musieliście gonić stratę 11 punktów.
- Początek chyba 2:13 nie napawał optymizmem i naprawdę nie zagraliśmy dobrze, ale to było przegrane tylko pięć minut, a mecz trwa 40. I spokojnie mówiliśmy sobie, że nawet przy tej słabej grze w pierwszej połowie, wciąż mamy Bośniaków na wyciągnięcie ręki. Nie było skuteczności, gra się nie zazębiała i naprawdę dużo pokory mieliśmy w sobie. Nie brakowało jednak też mobilizacji, że w końcu zaczniemy grać i tak się faktycznie stało. Trzecia i czwarta kwarta już na naszą korzyść.
Nie widać po was ogromnej radości?
Mocno trzymam się koszulki, bo ręce aż mi się trzęsą. Jestem pełen emocji i ten awans to super sprawa, ale walczymy dalej.
Dla pana to chyba szczególny moment, bo wrócił pan do kadry. Nazywają pana "Dziadzio".
- Myślę, że dla każdego z nas ma szczególne znaczenie, wszyscy tego bardzo chcemy i wszyscy pragnęliśmy tej ósemki. Po to przyjechaliśmy do Rygi. Wejście do najlepszej ósemki to realizacja celu. Wiemy, kto naprzeciwko nam staje, nie będzie łatwo, ale będziemy walczyć.
Jesteście wykończeni, bo właściwie gracie w siedmioma, ośmiona zawodnikami.
- Nie, siły są i na Turcję też będą. Z Turkami idziemy na pełny gaz.













