Odsiecz Polaków ruszyła za późno. Koniec marzeń o medalu mistrzostw Europy
Sensacji tym razem nie było. Mimo chęci, woli walki i ambicji reprezentacja Polski nie sprostała Turcji i odpadła w ćwierćfinale mistrzostw Europy. Tylko pierwsza kwarta była wyrównana, a już do przerwy biało-czerwoni przegrywali 14 punktami. Po zmianie stron rywale kontrolowali spotkanie i to oni znaleźli się w strefie medalowej Eurobasketu.

By obejrzeć na żywo Polaków w ćwierćfinale mistrzostw Europy, wystarczyło mieć pieniądze i czas, by dolecieć do Rygi. Nie było bowiem problemów, by zakupić bilety, a najtańsze kosztowały 75 euro. Zainteresowanie nie było zbyt duże, a część miejsc w hali mogącej pomieścić ponad 11 tysięcy koszykarskich fanów było po prostu wyłączone ze sprzedaży.
Kiedy 20 minut przed rozpoczęciem spotkania biało-czerwoni wbiegli na boisko, przywitały ich oklaski i gromkie "Gramy u siebie, Polacy, gramy u siebie". I rzeczywiście mogli liczyć na doping. Faworytem byli jednak Turcy. Imponująco grali w fazie grupowej - wygrali wszystkie mecze, a jedynie Serbia sprawiła im problemy. Za to w 1/8 finału trochę namęczyli się ze Szwedami. To dało nadzieję biało-czerwonym, że jest to rywal do pokonania.
Wiadomo, jednak było, że wszystko musiałoby zagrać - Loyd rzucać jak natchniony, Ponitka punktować, zbierać i asystować, Balcerowski czy też Olejniczak królować pod koszem, Sokołowski rządzić w obronie i dołożyć coś w ataku, Żołnierewicz nie zostawiać rywalom centymetra miejsca, a Łączyński z Plutą zamęczać szybkim rozgrywaniem piłki i przeszywającymi podaniami. A do tego przydałoby się wsparcie ławki rezerwowych większe niż do tej pory, a także słabszy dzień rywali.
Polacy zaczęli agresywnie i już po 37 sekundach mieli dwa faule, a Sokołowski zszedł z lekkim urazem. Zastąpił go Aleksander Dziewa i trafił za trzy (11 punktów do przerwy). Wsparcie z ławki więc się pojawiło. Pierwsza kwarta była zacięta, choć Turcy po sześciu minutach nie mieli ani jednego faulu, a biało-czerwoni pięć.
Rywale punktowali spod kosza, a Polacy z dystansu. W efekcie było 11:11. Za chwilę odskoczyli na cztery punkty, ale odpowiedź Turków to dwie celne trójki. Po pierwszej kwarcie był remis.
Polacy bardzo dobrze grali w obronie, sprawnie zatrzymywali największą gwiazdę (Senguna) i nie pozwalali przeciwnikom na łatwe rzuty. Brakowało jednak, by wykorzystać to w ofensywie.
Turcy zaczęli jednak coraz częściej znajdować sposób. Prowadzili 24:19 i trener Milicić wziął czas. Zaczął jednak trafiać Sengun, dostał wsparcie od kolegów i w 17. minucie wygrywali dziesięcioma punktami. Do tego w polskiej drużyny zaczęły się mnożyć błędy i faule. Na przerwę schodziła z wysoką stratą (32:46).
Początek drugiej połowy też nie był najlepszy. Nie udało się od początku zacząć odrabiać strat. Polacy nie trafiali nawet z dobrych pozycji (cztery pudła z dystansu). W końcu zza obwodu trafił Ponitka, ale Korkmaz tak samo odpowiedział i to dwukrotnie, a przewaga Turków przekroczyła 20 punktów.
W końcówce trzeciej kwarty rywale popełnili kilka błędów. Dwa razy z dystansu trafił Andrzej Pluta i udało się zmniejszyć straty (50:65). I trener Turków wziął czas. Przed ostatnią częścią do odrobienia było 15 punktów.
Polacy starali się, próbowali, ale pięć minut przed końcem wciąż przegrywali dość wysoko (66:76). Pojawiło się światełko w tunelu. Trzy minuty przed końcem było jednak jedenaście punktów straty. Turcy długo rozgrywali akcje i trafiali. Tego dnia byli za silni dla Polaków.
Polska - Turcja 77:91 (19:19, 13:27, 18:19, 27:26)
Polska: Loyd 19, Ponitka 19, Sokołowski 13, Balcerowski 3, Łączyński oraz Dziewa 11, Pluta 9, Olejniczak 3, Żołnierewicz, Gielo













