Po pięciu minutach biało-czerwoni przegrywali 4:15. Nic im zupełnie nie szło. Fatalnie rzucali, tracili piłkę i niecelnie podawali. Jednak krok po kroku zaczęli poprawiać grę i do szatni schodzili z czterema punktami straty. - Zagraliśmy już dobrą końcówkę drugiej kwarty i wiedzieliśmy, że po słabym początku wracamy do meczu - twierdzi Milicić.
Szkoleniowiec przyznaje, że nie reagował ostro. - Moja nerwowość nie wpłynęłaby dobrze na zawodników, dlatego próbowałem najbardziej rozsądnie i spokojnie prowadzić ten mecz, a jednocześnie dać energię, której zespół potrzebuje. Zawodnicy po tych pierwszych minutach widzieli już, jakie korekty muszą wprowadzić, żebyśmy wrócili do gry i tak zrobili - zapewnia Milicić. - Co działo się w szatni? Było spokojnie, konkretnie na temat i z wiarą.
Andrzej Pluta, rozgrywający Polaków, mówi, że było i gorąco, i spokojnie: - Wydaje mi się, że tak pomiędzy. Zawsze są rzeczy do poprawy, ale też wiedzieliśmy, że to nie jest koniec meczu. Spotkanie trwa 40 minut i pomimo naszej słabszej gry w pierwszej połowie traciliśmy tylko cztery punkty. Jeżeli wyjdziemy i poprawimy te rzeczy, to mamy duże szanse, żeby wygrać.
Po przerwie Polacy nadal systematycznie odrabiali straty. Do remisu doprowadzili pod koniec trzeciej kwarty, wtedy też pierwszy raz wyszli na prowadzenie. - Ograniczyliśmy Robersona [rozgrywający reprezentacji Bośni - przyp. red.] i daliśmy sobie szansę, żeby grać swoją koszykówkę. Rosło poczucie własnej wartości i dlatego w ataku też zaczęło się układać. Zawodnicy rewelacyjnie zagrali w ofensywie i wykorzystywali słabe punkty obrony - mówi Milicić.
55 sekund przed końcem wygrywali 80:72, ale trener nie był jeszcze pewny wygranej. - Tak się z ławki trenerskiej nie patrzy, nawet jak było 50 sekund do końca, miałem flashbacki, że takie mecze można jeszcze przegrać - przyznał selekcjoner. - Jest dobra energia, wiemy, co robimy, zawodnicy dają z siebie wszystko, żeby naród w Polsce był dumny.











