W tym spotkaniu trudno było wskazać faworyta. Zresztą jak przekonaliśmy się dzień wcześniej w fazie pucharowej, nie ma to wielkiego znaczenia. Turcja męczyła się ze skazywaną na pożarcie Szwecją. Gospodarze Łotysze rozczarowali i przegrali z Litwą. Największą niespodzianką była jednak porażka Serbów, której nie pomógł nawet Nikola Jokić (33 punkty). Lepsi okazali się Finowie, a poprowadził ich Lauri Markkanen (29 punktów). Jedynie Niemcy zgodnie z oczekiwaniami rozbili Portugalię (85:58).
Trener Polaków przed spotkaniem ostrzegał, że najgroźniejsi rywale to Jusuf Nurkić i John Roberson, a do tego Bośnia to wysoka drużyna, która świetnie zbiera piłki, co jest jedną z bolączek biało-czerwonych. W związku z tym, że Polacy rozgrywali mecz o godz. 12 czasu łotewskiego (godz. 11 polskiego), nie mieli czasu na tradycyjny południowy trening rzutowy. Dlatego też w hali Xiaomi Arena pojawili się ponad godzinę przed spotkaniem i ćwiczyli rzuty.
Pierwszy rzut Polaków był niecelny (Loyd), a za trzy trafi Nurkić. Kolejne akcje Polaków były nieudane (niecelne rzuty, straty), a przez cztery minuty trafił tylko Balcerowski. Bośniacy za to trafiali z dystansu (3 na 4 próby), prowadzili już 13:2 i trener Milicić wziął czas.
To pomogło tylko trochę, bo Polacy poprawili obronę, ale w ataku nadal byli zawstydzająco nieskuteczni. Przez pięć minut nie trafili do kosza z gry. A na osiem rzutów wcelowali tylko jeden. Nadzieje nieco odżyły po akcji 2+1 Loyda. Z obwodu trafił Mateusz Ponitka i straty zmalały do pięciu punktów. Mogło być lepiej, ale Balcerowski nie trafił rzutów wolnych i za chwilę stało się gorzej - po trójce Lazicia było 14:23.

Druga kwarta rozpoczęła się lepiej, bo w końcu trafił za trzy Loyd, a za chwilę Sokołowski. Tyle że Bośniacy nadal rzucali lepiej, a niezła gra w obronie biało-czerwonych szła na marne. Minęły cztery minuty i na dziewięć prób dwie były dobre. Skuteczność fatalna.
W końcu przełamał się Loyd, który trafił na 29:34, ale znów Polacy nie potrafili pójść za ciosem, a na dodatek Dominik Olejniczak złapał trzeci faul. Na szczęście Ponitka też przypomniał sobie, że potrafi rzucać. W 18. minucie straty zostały zmniejszone do punktu (33:34), ale wtedy dwa razy nie upilnowali Robersona. Do przerwy Polacy trafiali ze skutecznością 35 procent, a rywale 62.
Początek drugiej połowy dał nadzieje kilkuset polskim kibicom. Trójka Sokołowskiego, wolne Loyda i było 45:46. I... wrócił brak skuteczności. Dwa trafione rzuty na dziewięć w ciągu sześciu minut. Bośniacy to wykorzystali i odskoczyli na osiem punktów.
Trener Milić wziął czas i tym razem rady podziałały. Polacy zaczęli trafiać, a rywale popełnili błędy w ataku. W efekcie po koszu Balcerowskiego był pierwszy remis od... 0:0. Teraz to szkoleniowiec Bośni poprosił o przerwę. To jednak biało-czerwoni objęli minimalne prowadzenie.
Czwartą kwartę zaczęli bezbłędnie - Pluta za trzy, Loyd spod nosa Nurkicia za dwa i było 70:66. Wtedy poważną stratę ponieśli rywale, bo w trakcie akcji kontuzji doznał Roberson i nie wrócił na parkiet. Trzeba było to jeszcze wykorzystać. Po akcji Olejniczaka 2+1 przewaga wzrosła do siedmiu punktów. Zostało jednak jeszcze sporo czasu.
Polacy starali się wykorzystywać doświadczenie i długo rozgrywać akcje. Popełniali jednak błędy i 150 sekund przed końcem prowadzili tylko czterema punktami (76:72). Wytrzymali nerwy - 55 sekund przed końcem trafił Loyd i było 80:72.
Polska - Bośnia i Hercegowina 80:72 (14:23, 26:21, 22:17, 18:11)
Polska: Loyd, Balcerowski, Ponitka, Sokołowski, Łączyński oraz Olejniczak, Pluta, Żołnierewicz, Michalak












