Reklama

Reklama

Na Euro 2020 nie kręcę nosem, takich turniejów nie będzie wiele

Tak wiele osób zwierza się, że przed Euro 2020 nie czuje napięcia, emocji, bo polska reprezentacja nie rokuje, turniej nie ma wyraźnego gospodarza, pandemia, poza tym meczów jest za dużo, przesyt, poziom nie ten itd. Ja nie narzekam. Nauczyłem się, że takie turnieje to święto, które docenia się po czasie. I ich pula w życiu jest ograniczona.

Pewnie to prawda, że piłka reprezentacyjna nie stoi na takim poziomie jak klubowa. Euro nie może równać się poziomem z Ligą Mistrzów, nie stoją za nim takie pieniądze i taka częstotliwość gier. Może to jednak dobrze. Turnieje w stylu mistrzostw świata czy Europy są bowiem piłkarskim wyjątkiem, nie regularnością. To ekstra dodatek do futbolowej codzienności, która rzeczywiście może się czasami przejeść. Wszak dzisiaj wybory wielu kibiców piłkarskich sprowadzają się głównie do rezygnacji z czegoś, bo dobra i tydzień nie są przecież z gumy.

A zatem Mistrzostwa Europy z trzema, czasami czterema meczami dziennie, z których niektóre mogą być słabe, to przesada i zbytek?

Reklama

Moją pierwszą impreza piłkarską dużego formatu był pamiętny mundial Espana'82 z wielkim występem Polaków i wieloma niezwykłymi meczami, jak chociażby starciem Włoch z Brazylią czy trudnym do uwierzenia meczem Węgier z Salwadorem, ze wspaniałymi przygodami Kamerunu, Hondurasu czy Algierii, zapowiadającymi iż także kopciuszkowie piłki nożnej mogą niebawem odgrywać w niej jakąś rolę.

Od tamtej pory nie przypominam sobie sytuacji, w której w przeddzień dużego turnieju narzekania byłyby aż tak duże i aż tak wiele osób zarzekałoby się, że nie odczuwają napięcia przed imprezą. Przejadło się?

CZYTAJ TAKŻE: Euro 2020 i Copa America pokrywają się ze sobą. Oto terminarz

Euro 2020 nie wywołuje emocji?

Od poprzedniej dużej imprezy upłynęło rekordowo dużo czasu, aż trzy lata. Mundialu co dwa lata jeszcze nam nie wprowadzono, a to rzeczywiście mogłoby sprawić, że impreza by spowszedniała. Co zatem jest problemem? Znajdziemy ich wiele. Pandemia, ograniczenia w przemieszczaniu się i uczestnictwie w piłkarskim turnieju, brak jednolitego gospodarza i dziwne decyzje UEFA oraz równie dziwne zakusy FIFA, niepokojące trendy i kierunki, w które zmierza piłka reprezentacyjna, nadpodaż meczów w telewizji, wreszcie brak widoków na to, by Polska mogła osiągnąć dobry wynik (choć może to być mylące, bo przed Euro 2016 czy mundialem 1982 też niewiele wskazywało na sukces). Wszystko razem sprawia, że rzeczywiście coś nie gra i ludzie nie są aż tak podnieceni jak chociażby przed mundialem w 2018 roku.

Liczę jednak na to, że z każdym dniem, czy też teraz już z każdą godziną zbliżająca nas do pierwszego meczu Włochy-Turcja te emocje będą rosły, będą się udzielały. Warto, bowiem żadne inne wydarzenie piłkarskie, nawet ta perfekcyjna i bogata Liga Mistrzów czy polska Ekstraklasa nie niosą ze sobą aż tak niezwykłego ładunku jak Euro i mundial. Nie są tak wyjątkowe.

Czuję podniecenie turniejem, bo to zawsze było święto, zawsze. Jako dziecko zagryzałem palce i gniotłem dziecięce rajstopki, wpatrując się w mecze - jak mi się zdawało - wszystkich krajów świata, z czego jednym była Polska. To było jak zmaganie gigantów, rzucenie na szalę wszystkiego, co w każdym kraju ma się najlepszego. Patrzyłem, jak przez cztery tygodnie życie wokół zupełnie się zmienia. Do dzisiaj tak jest - ludzie wpadają w rodzaj amoku, który wspaniale przenosi ich z rzeczywistości i codziennego świata, w którym pracują, zmagają się z kłopotami, wypluwają złość w sieci i myślą o tym, co będzie jutro, w świat niemalże bajkowy. Przez ten jeden miesiąc raz na dwa lata znaczenie zaczyna mieć telewizor, składy, bramki, tabele i to, kto awansuje.

Widziałem w tym rodzaj wakacji od życia, wakacji z piłką. Czułem się, jakbym wyjechał do nieco innego świata i mógł zostawić za sobą wszystko, co nie jest piłką nożną. Czułem też, że podobnie widzi to cały świat. Przez cztery tygodnie było po prostu zupełnie inaczej.

Odtąd nigdy nie postrzegam mundialu czy Euro jako części tradycyjnego futbolu czy codziennego życia. Widzę w nich alternatywę, nieco bajkową, mocno wykreowaną i czasami odlotową. Bardzo przypominają mi one wyjazd na długą wyprawę w dalekie, egzotyczne miejsce, podczas której przeżywa się wspaniałe przygody. Euro to przygoda - czasem udana, czasem nie, niekiedy radosna, bywa że i smutna, ale jednak przygoda, jakiej na co dzień nie ma nigdzie indziej. Warto się jej poddać. Przeżyłem świadomie dziesięć mundiali i dziewięć Euro, którymi mogę odliczać lata życie jak odlicza się je olimpiadami. Każda z tych imprez była świetną przygodą, każda miała pamiętne wydarzenia.

Euro 2020 ściąga laików. Bo coś się dzieje

Przewagą piłki klubowej nad reprezentacyjną jest skupianie wokół siebie ludzi i ich emocji na stałe. Jednakże piłka reprezentacyjna potrafi kumulować uwagę nie tylko tradycyjnych kibiców piłkarskich, ale i laików. Ma globalną siłę oddziaływania, jaką trudno znaleźć gdzieś indziej. Jednoczy tych, co się znają i tych, co nie. Ściąga nagle przed telewizorów ludzi, którzy niewiele z futbolem mają zazwyczaj do czynienia, a jednak podczas Euro czy mundialu widzą, że dzieje się coś niezwykłego. Te turnieje są światową gorączkę, która mija po czterotygodniowej kwarantannie.

I wiem, że życie jest za krótkie, żeby na któryś marudzić. Pula turniejów piłkarskich, które można obejrzeć, jest ograniczona. Wiem też, że gdy tylko Euro 2020 się skończy, zacznę tęsknić i czekać na kolejne. Za kolejnym świętem i wakacjami, za ponowną przygodą.

Dowiedz się więcej na temat: Euro 2020 | reprezentacja Polski | mundial 1982 | mundial 1986

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje