Reklama

Reklama

Lech Poznań mierzy się z nowym przeciwnikiem - swoimi kibicami

Takiej sytuacji jak w czwartkowym meczu Lecha Poznań z Vikingurem Reykjavik nie mieliśmy w Poznaniu od dawna. Podczas starcia z Islandczykami kumulowane od dawna negatywne emocje wielkopolskich kibiców ewidentnie wykipiały.

Chodzi o reakcje ludzi przy stadionie przy Bułgarskiej na wydarzenia podczas meczu mistrzów Polski z Islandczykami. Kolejorz przegrał pierwsze starcie w Reykjaviku 0-1, a był to jeden z wielu nieudanych meczów nowego sezonu, w którym broni tytułu. Kibice nie poznają drużyny, która wiosną skutecznie odparła natarcie Rakowa Częstochowa i Pogoni Szczecin, które ewidentnie nie wytrzymały rywalizacji na finiszu. Teraz Lech z nowym trenerem, bez ważnych zawodników (sprzedany Jakub Kamiński, kontuzjowani obrońcy) i z niespełniającymi oczekiwań wzmocnieniami zawodzi.

W lidze nie wygrał ani razu, z Ligi Mistrzów wyleciał po katastrofalnym 1-5 z Karabachem Agdam z Azerbejdżanu, a z Islandczykami miał problemy. Kiedy więc na początku meczu rewanżowego gra się nie układała, już wtedy pojawiły się gwizdy i obelgi.

Reklama

Cały mecz Lecha z Vikingurem upłynął pod znakiem szydery, niezadowolenia, kpin i reakcji rozgniewanych kibiców aż do gwizdów po golu Afonso Sousy, który chwilę wcześniej zmarnował rzut karny. Portugalczyk padł wtedy na kolana i zamiast się cieszyć, wyglądał jak po wielotygodniowej pielgrzymce.

Widownia w Poznaniu zawsze jest wymagająca, ale nawet tu nie widzieliśmy dotąd aż takiego zachowania widowni, która przez sporą część starcia z Vikungurem była dwunastym zawodnikiem, ale rywali. Po raz pierwszy od dawna stanęła przeciw swoim piłkarzom i skupiła się na ich wyszydzaniu i krytyce.

Lech Poznań w ogniu krytyki. Czy jest przesadna?

Teraz, dzień po meczu trwają w Poznaniu dyskusje na ile było to zachowanie właściwie i uzasadnione. Nie brakuje głosów, że "dobrze im tak", ale sporo jest też przyznania, że kibice przesadzili. Trener John van den Brom dość dyplomatycznie mówił, że zapewne zachowanie fanów było spowodowane tym, że Lech nie zamknął meczu, a mógł. Doprowadził do dogrywki i nerwów, zatem do sytuacji, w której publika już nie wytrzymała.

Oliwy do ognia dolał Kristoffer Velde, który po fatalnym początku meczu, wobec gwizdów gestem uciszał widownię, gdy zdobył bramkę. Wielu przybyłych uznało to za prowokację i lekceważenie niezadowolenia tych, którzy płacą za bilety i to niemało.

To sytuacja bardzo trudna dla Lecha, który w niedzielę musi rozegrać kolejny mecz - ligowy ze Śląskiem Wrocław, którego trener Ivan Djurdjević był obecny przy Bułgarskiej i widział, jaki wpływ na zawodników mistrzów Polski ma przebieg meczu, nerwowa sytuacja i zachowanie widowni. Może ten wpływ być widoczny w niedzielę.

Zachowanie kibiców jest pokłosiem wielu lat niezadowolenia z postawy Lecha i jego władz. Piotr Rutkowski i Karol Klimczak, chociaż wywalczyli mistrzostwo w 2015 i tym roku, są postrzegani jako odpowiedzialni za zmarnowanie wielkiego potencjału sportowego i zwłaszcza społecznego klubu. Krytyka się nasila, gniew potężnieje, a emocje skumulowane już nie od miesięcy, ale od lat w końcu eksplodowały w takiej formie, jaką widzieliśmy w czwartek.

CZYTAJ TAKŻE: Lech Poznań w ogromnych problemach. Wysyła posłańca

Kibice uważają, że władze klubu nie chcą wydawać na budowę sportowej struktury zespołu tylu środków, ilu powinni i ile mają. Kwestie wznoszenia dużej i nowoczesnej akademii wyposażonej w najnowocześniejszy sprzęt niewielu przekonują, bo nie przekłada się to na wyniki Lecha tu i teraz. Gniew wzmagają doniesienia medialne w sprawie transferów, które są sprzeczne, mało spójne i nielogiczne.

Erupcja emocji jest niezwykle istotnym wydarzeniem, które może mieć ogromne przełożenie na to, co z Lechem będzie się działo dalej. Mecz ze Śląskiem odbędzie się znowu w Poznaniu i śledzenie zachowania trybun będzie wtedy równie ważne jak śledzenie gry na boisku.

Niezwykły quiz o sportowych zwierzętach. Aż się zdziwisz

 

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL