Reklama

Reklama

Lech Poznań czy Maciej Skorża - kto powiedział o dublecie?

Spór o Lecha Poznań tylko z pozoru staje się semantyczny i tylko pozornie chodzi o wyduszenie z władz klubu deklaracji dotyczących walki o mistrzostwo Polski. W gruncie rzeczy chodzi o wymuszenie nie deklaracji, ale determinacji.

W filmie "Polowanie na Czerwony Październik" dowódca radzieckiego atomowego okrętu podwodnego typy Tajfun zamierza uciec z nim i załogą do USA. To zadanie trudne i można je wykonać tylko przy odpowiedniej determinacji, gdy załoga da z siebie wszystko, aby uniknąć pościgu i komplikacji. Kapitan Ramius, którego gra Sean Connery, gromadzi więc w mesie oficerów i informuje ich, że wysłał list do dowództwa radzieckiej Floty Północnej i powiadomił o swoich planach. "Po coś to zrobił?! Nie lepiej po cichu, skrycie?" - pytają zdruzgotani. On przytacza im opowieść z czasów konkwisty Meksyku. Wtedy to hiszpański zdobywca Hernan Cortes po przybyciu do brzegów Ameryki nakazał spalić wszystkie statki. Tak, aby nikt nie miał już wyjścia, nie miał odwrotu. Już nie mógł się wycofać.

Reklama

Lech Poznań ma problem z deklaracjami

Prezesi Lecha Poznań często wspominali, że nie widzą sensu w składaniu podobnych deklaracji jak napinanie muskułów w walce o mistrzostwo Polski. - Nic to przecież nie zmienia - mówili.

Dwa lata temu w programie telewizyjnym na pytanie, czy Lech będzie walczył o mistrzostwo, prezes Klimczak odrzekł, że nie ma zamiaru deklarować konkretnego celu. 

- Przypomnę, że jesteście Lechem Poznań - rzekł wówczas Wojciech Kowalczyk, co kibice Lecha odebrali jak policzek. Żeby to była gwiazda Legii Warszawa musiała słusznie przypominać Kolejorzowi o jego powinnościach!

- Od moich deklaracji mistrzostwo się nie stanie. Chcemy podnieść jakość, a z tego wynikać może mistrzostwo, a nie z deklarowania - odrzekł prezes.

Odcinał się tym samym od deklaracji, które niegdyś pod wpływem euforii złożył Piotr Rutkowskim, mówiąc o odjechaniu przez Lecha ekipie Legii. Deklaracji, które do dzisiaj mu są wypominane. Skoro tak - konstatują prezesi - to lepiej nie deklarować nic. Będzie mistrz to będzie, nie będzie to nie będzie, przy czym z reguły jednak to drugie.

Maciej Skorża o mistrzostwie dla Lecha

Co jakiś czas ktoś się w Kolejorzu wyrwie. A to Darko Jevtić wyjdzie na środek galerii handlowej Posnania podczas spotkania z kibicami, by wykrzyczeć, że walczy o mistrzostwo. A to nowo pozyskany piłkarz powie w rozmowie, że interesują go trofea i po to przychodzi do Lecha (czego ostatecznie można zawsze nie puścić). A to w końcu przyparty do muru trener stwierdzi, że chce dubletu i po to przyszedł. Jak Maciej Skorża.

W jego wypadku trudno byłoby spodziewać się czegokolwiek innego. Ostatni trener, który dał Lechowi tytuł mistrzowski (zleciało już sześć lat) mógłby się oczywiście zmienić pod wpływem posuchy w swej prywatnej gablocie w ostatnim okresie i przejść na pozycje Lecha, czyli opowiadania o tym, by "być w czołówce", "być topową drużyną" i "miejscu w trójce". Nie zrobił tego jednak. Nawet po porażkach z dwoma najsłabszymi zespołami w Ekstraklasie, którymi są Podbeskidzie Bielsko-Biała i Stal Mielec, uznał, że to po prostu nie wypada. Jeżeli nosi się barwy Lecha, nie można mówić o "miejscu w trójce" czy "byciu w czołówce".

W piątek na pytanie dziennikarzy, czy podczas rozmów o pracę w Lechu poruszany był w ogóle temat walki o mistrzostwo i to na dodatek na stulecie klubu, odpowiedział: oczywiście, że był. - Od tego zaczęliśmy rozmowę. Odczuwam to, że moja praca wiąże się jednoznacznie z tym celem - mówił. I dodał, że pełną satysfakcję da jemu, jako Maciejowi Skorży, zdobycie mistrzostwa i Pucharu Polski.

Ano właśnie, jemu jako Maciejowi Skorży. Nowy trener Kolejorza nie powiedział, że Lech zatrudnił go, by zdobył tytuł. Powiedział, że on przyszedł tu z takim zamiarem, bo to jego osobisty cel. Jeśli chodzi o władze Lecha, to nadal to nie wybrzmiało.

Lech Poznań walczy o mistrza? Poprosimy

Z Lechem problem jest tego rodzaju, że prezesi Piotr Rutkowski i Karol Klimczak przestali się wypowiadać publicznie, a gdy to robią, to głównie w okrągłych rozmowach, które niewiele wnoszą. Nawet gdyby się wypowiedzieli, to odpowiedź na pytanie o deklarację walki o mistrzostwo Polski łatwo mi sobie wyobrazić: - Panie redaktorze, my możemy to zadeklarować, jeśli pan chce, ale co to zmieni?

No więc chcę. I poproszę, jeśli wolno. I już wyjaśniam, co to zmienia.

Przed dwoma laty Lech Poznań mógł się jeszcze powstrzymywać przed podobnymi stwierdzeniami, gdyż wówczas rzeczywiście zespół był w budowie i po istotnych zmianach. Minęło jednak dość czasu, by te zmiany i rewolucja kadrowa w 2019 roku dały efekt, co więcej, kibice i media mają już teraz prawo tego wymagać, rozliczać. Czas na "za wcześnie, by o tym mówić" minął. Teraz jest czas w sam raz, by o tym powiedzieć.

Spór o deklarację mistrzostwa nie jest kwestią semantyki, jak widzą to prezesi Rutkowski i Klimczak. Nie jest czepianiem się słówek i próbą zmuszenia ich do zaklinania rzeczywistości, w której przecież chcą zdobyć mistrzostwo Polski. Trudno żeby nie chcieli, w to akurat wierzę. Dlaczego więc tak uparcie tego nie deklarują? Z dwóch powodów.

Po  pierwsze - boją się potem wyjść na durniów i zrobić z siebie pośmiewiska, gdy Lech spadnie na jedenaste miejsce, a deklaracje wylądują na memach i w cytatach powtarzanych w nieskończoność albo do kolejnej przeróbki fragmentu filmu "Upadek".

Po drugie jednak, ważniejsze - taka deklaracja nie może być pusta. To rodzaj obietnicy, że zrobimy wszystko, co w naszej mocy. Ale naprawdę wszystko, bez ruchów pozorowanych i liczenia na to, że trener dokona cudu. A zrobienie wszystkiego w walce o mistrzostwo kosztuje. Lech obawia się wejść w finansowy wyścig z Legią Warszawa nawet teraz, gdy zarobił krocie na pucharach i transferach. Ta sytuacja jest ostatecznym krachem wszelkich wymówek, by do wyścigu zbrojeń nie stawać.

Bo jeśli do niego nie stawać, to po co w ogóle prowadzić klub?

CZYTAJ TAKŻE: Nenad Bjelica wbija szpilkę Lechowi Poznań

Owszem, gdy Lech za rok znów będzie jedenasty mimo deklaracji walki o dublet, trafi na memy i stanie się obiektem szydery. To nieuchronne, ale do tego władze klubu już chyba przywykły. Co mają więc do stracenia? Albo inaczej - co mają do zyskania? Pośmiewisko zrobią z siebie jednak nie wtedy, gdy podobne deklaracje złożą, ale właśnie wtedy, gdy mimo posiadanego potencjału i świadomości oczekiwań dalej będą tego unikać.

Złożenie przez władze takich deklaracji, jakie składa Maciej Skorża to nie jest zwykła semantyka. To spalenie statków przez Hernana Cortesa i wysłanie listu przez kapitana "Czerwonego Października". To odcięcie sobie drogi odwrotu, skończenie z asekuracją i determinacja, która pozwala przekraczać własne limity, co prowadzi do mistrzostwa. To właśnie prawdziwy sport.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje