Reklama

Reklama

Lech Poznań bez Damiana Kądziora. To Maciej Skorża tak chciał?

Choćby nie wiem, ile razy władze Lecha Poznań zapewniały, że to decyzja trenera Skorży zadecydowała o braku transferu Damiana Kądziora, kibice raczej w to nie uwierzą. Stracili bowiem zaufanie - nie do trenera Skorży, ale do tych władz. Poza tym sam słyszałem, że klub to rozwiązanie popiera.

"To dobrze, że trener nie decyduje się na najprostsze rozwiązania, ale szuka sposobów na to, by Lech był w nowym sezonie mocniejszy" - zdanie, które słyszałem na własne uszy odnosiło się właśnie do obecnej polityki transferowej, w tym do niedoszłego transferu Damiana Kądziora. To znaczy, że decydenci w Kolejorzu popierają poszukiwania graczy, które nawet jeśli trwają długo, to mają przynieść rozwiązania nieoczywiste i lepsze niż te doraźne.

Problem w tym, że nie muszą, gdyż Lech Poznań wielokrotnie już dowiódł, że jest mistrzem wymyślania kwadratowych jaj i proste rozwiązania odrzuca, by zdecydować się na inne, najczęściej gorsze. Tak odrzucił Nemanję Nikolicia, który w październiku 2015 roku dziękował Lechowi, że ten go nie kupił. Kolejorz sprowadził wtedy Denisa Thomallę, co do dzisiaj jest dość traumatycznym wspomnieniem, gdyż rzeczywiście gracz ten okazał się kwadratowym jajem transferowym. 

CZYTAJ TAKŻE: Jaki Lech Poznań miał problem z Damianem Kądziorem?

Takich przykładów znajdziemy wiele, choćby podejścia pod Jesusa Imaza, który okazał się za stary, czy też wybór Jana Sykory w miejsce Damjana Bohara. Czech do tej pory nie odpalił, może to się jeszcze stanie, ale nawet jeżeli ten sezon będzie należał do niego, to i tak poprzedni w jego wykonaniu poszedł w piach. Bo Lech szukał rozwiązania, które nie jest najprostsze.

Reklama

Lech Poznań bez zaufania kibiców

Gdybyśmy mieli rzeczywiście do czynienia z maszyną transferowo-sportową, podejmującą mnóstwo znakomitych decyzji, a przynajmniej wyraźnie więcej decyzji dobrych niż złych, z maszyną osiągająca wyniki sportowe, można by spokojnie śledzić ruchy Lecha w kwestii transferów. Ufać w jego słowa, że Damian Kądzior nie przyszedł, bo jest ciekawsza i mocniejsza alternatywa zagraniczna (Portugalczyk Carlos Manie nie sprawia takiego wrażenia, zresztą aby go wyjąć z Rio Ave, Lech musiałby przebić oferty klubów tureckich także w kwestii kontraktu indywidualnego). Na pewno można by spokojnie zaufać Maciejowi Skorży, do czego namawiałem właśnie dlatego, że nie za bardzo jest już komu. Trener Skorża jawi się tu jako ostatnia nadzieja.

Z równie dużym prawdopodobieństwem można jednak powiedzieć, że i on może paść ofiarą tego, czego ofiarą padali inni szkoleniowcy Lecha - zrzucania odpowiedzialności nie za to, co Lech zrobił, ale czego nie zrobił. Za zaniechania, o które stawia się mu największe zarzuty. O to, że z takimi możliwościami i pieniędzmi robi zbyt mało, aby odnosić sukcesy, co wykazują wyraźnie wyniki sportowe ostatnich lat. To z kolei rujnuje... w zasadzie już zrujnowało całkowicie zaufanie do Lecha.

Konsekwencje braku sukcesów sportowych i schowania się za brakiem transparentności rodzi szereg domysłów i tylko jeden pewnik: oni sobie sportowo nie radzą. Od dawna. W normalnej sytuacji klub sportowy, który nawet nie jest ligowym dominatorem, ale przynajmniej raz odnosi sukcesy, a raz nie (choćby tyle) mógłby bez problemu wyjść do kibiców i mediów, by powiedzieć: "Nie chcemy Damiana Kądziora, bo trener nie jest przekonany i mamy kogoś innego na oku". Kibice mogliby mieć inne zdanie, ale jednak musieliby przyznać: "to wy się znacie na tej robocie". To sytuacja normalna. W Lechu jednak takiej nie ma. Tutaj w kapitulacji w obliczu transferu Damiana Kądziora szybciej ludzie dopatrzą się nieudolności, skąpstwa i alergii na sukces niż wizjonerskiej polityki.

Za kilka tygodni przekonamy się, czy po raz kolejny mieli rację. I czy przyjdzie ktoś lepszy.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama