Reklama

Reklama

Afera z Paulo Sousą sporo mówi nie tylko o nim, ale i o nas

Histeria, jaka zapanowała wokół odejścia selekcjonera Paulo Sousy do brazylijskiego klubu Flamengo, to czas, w którym sporo dowiedzieliśmy się o portugalskim trenerze, jego słowności i sposobie bycia. Równie wiele dowiedzieliśmy się jednak również o nas samych.

Paulo Sousa zostawił Polskę i jej reprezentację w dość niecodziennych okolicznościach. Wystąpił o rozwiązanie umowy w czasie świąt i sprawił, że okres świąteczno-noworoczny, który zazwyczaj w sporcie jest okresem spowolnienia, tym razem był bardzo intensywny. Emocje podniosły się kibicom, prezesom, dziennikarzom, wszystkim, a Paulo Sousa urósł do miana "zdrajcy", o czym informują także media w Brazylii.

Portugalski trener odszedł z Polski, pozostawiając za sobą stek epitetów i inwektyw, których nie wahają się teraz używać nawet dziennikarz, dodawać ich do felietonów, tytułów, wyciągać na tytuły i okładki. Zostawia wyścig o to, kto określi go dobitniej, użyje lepszej metafory zamiast nazwiska "Paulo Sousa". Kto mocniej wpisze się w retorykę stadionu i użyje bardziej podobnych do niej słów. Tak, aby stać się wieszczem krucjaty przeciw portugalskiemu trenerowi, który przecież tak wszystkich bardzo oszukał, gdyż rozwiązał umowę o pracę i nie dotrzymał jej warunków.

CZYTAJ TAKŻE: Paulo Sousa wyjaśnia, dlaczego opuścił Polskę

Paulo Sousa odszedł. Co zostawił za sobą?

Reklama

Pozostały po nim inwektywy i wulgaryzmy wpisywane nawet przez redaktorów naczelnych w komentarzach do informacji o podpisaniu przez Paulo Sousę kontraktu w Brazylii. Cała lawina komentarzy i zalew hejtu wypisywanego na forach i profilach Flamengo i samego Sousy.

Zostawił za sobą narodowy szturm i obrazy porównujące go nawet do Henryka Walezego i jego ucieczki z polskiego tronu w 1574 roku, do największych zdrajców i zaprzańców narodu. Zostawił wielkie kłótnie o to, kto w tej sytuacji jest winien. Kto potrafi czytać umowy, a kto nie. Kto bardziej podkreśli potężne konsekwencje, jakie nieuchronnie spadną na Paulo Sousę, spod których ten nie wygrzebie się bez armii prawników i gigantycznych odszkodowań. Tych odszkodowań, które Portugalczyk następnie miał wypłacić od ręki.

Osamotnił zarazem PZPN z jego kuriozalnym oświadczeniem ze środy, porównywanym do legendarnego tekstu o "Libacji na skwerku" z "Gazety Wrocławskiej" i tłumaczenie Brazylijczykom, jakim to złym trenerem i człowiekiem jest Paulo Sousa, jakby sami nie znali jego życiorysu i nie wiedzieli, czego dokonał, a czego nie.


Paulo Sousa jest już od tego daleko. Do Polski pewnie nigdy nie zawita, przynajmniej jako trener Flamengo. Sprawa walki o mundial, baraży, meczu z Węgrami i występu Roberta Lewandowskiego już go nie dotyczy. Zostawił w Polsce poczucie zdrady, nerwy i zwolnione mocno hamulce.

CZYTAJ TAKŻE: Niemcy: Polacy nie chcą wypuścić Paulo Sousy, legendy BVB

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje