Reklama

Reklama

Siedem fleszy na jubileusz 50-lecia GKS-u Tychy

GKS Tychy we wtorek obchodzi jubileusz 50-lecia. Dziś gra na zapleczu ekstraklasy a jego efektowna i piękna historia w drugiej połowie lat 70. podbiła piłkarską Polskę. Tyszanie walczyli o mistrzostwo w czasach gdy nasz futbol reprezentacyjny należał do najsilniejszych na świecie.

Historia tyskiego GKS-u jest jedyna w swoim rodzaju.

1.

Trudno w to uwierzyć, ale GKS Tychy zagrał w ekstraklasie zaledwie trzy lata po powstaniu. Stadion w młodym, dynamicznie rozwijającym się mieście (w czasach PRL-u nazywanym nawet "sypialnią Katowic", oba miasta są sąsiadami) planowano wybudować już w połowie lat 60. Otwarto go w 1970 roku. W Tychach nie było wcześniej silnego klubu, ale kiedy latem 1970 do III ligi awansował  najsilniejsza drużyna w okolicy czyli Górnik Wesoła - uznano, ze taki musi powstać. Dlatego 20 kwietnia 1971 decyzją tyskich władz  miejskich oraz partyjnych powołano wielosekcyjny Górniczy KS Tychy. Pierwszym prezesem został Franciszek Wszołek, wówczas dyrektor kopalni "Piast" który wcześniej prezesował... Zagłębiu Sosnowiec. Klub stworzyli piłkarze Polonii Tychy, hokeiści Górnika Murcki oraz piłkarze, zapaśnicy i pięściarze ze wspomnianego Górnika Wesoła. Nowa drużyna piłkarska szła jak burza. W dwa lata awansowała do II ligi, na zapleczu ekstraklasy spędzili tylko rok, bo wygrali grupę południową.

Reklama

2.

Działacze od razu sięgnęli po uznanych piłkarzy nie tylko z Tychów i okolic. Już w 1972 roku dołączył do drużyny Aleksander Mandziara, były piłkarz Szombierek, który wrócił z kontraktu zagranicznego w holenderskiej Bredzie. Przybyli też Edward Herman, napastnik z Ruchu Chorzów i Ginter Piecyk, napastnik Zagłębia Sosnowiec. Obaj znali się z katowickiej dzielnicy Dąb gdzie się wychowali. Do awansu na najwyższy szczebel rozgrywek poprowadził tyskich piłkarzy świetny trener Jerzy Nikiel, który pochodził z katowickiego Wełnowca. W młodości wcielony do Wehrmachtu, trafił na Sybir. Wrócił na Śląsk z niewoli w 1946 roku. Zanim rozpoczął prace w Tychach, m.in. wprowadził do ekstraklasy GKS Katowice do ekstraklasy, trenował też Ruch. W Tychach stał się alfą i omegą, mieszkał z żoną obok stadionu. Wszyscy, którzy tego trenera pamiętają (zmarł w 1999 roku), wypowiadają się o nim w samych superlatywach.

3.

Do tyskiej historii przeszedł stoper Alfred Potrawa. To on, w sierpniu 1974 roku strzelił pierwszą bramkę dla tyskiej drużyny w ekstraklasie. Do tego od razu jedną z najpiękniejszych w historii klubu. W meczu z Lechem Poznań przywalił z woleja pod poprzeczkę. Najpiękniejsze bramki strzelał jednak dla Tychów Roman Ogaza, wychowanek Górnika Lędziny, który do Tychów przyszedł z Szombierek w 1975 roku. Strzelałby razem ze swoim przyjacielem Janem Białasem, ale ten ginie we wstrząsających okolicznościach. Opowiadał mi o nich Andrzej Strejlau, który prowadził wówczas reprezentację olimpijską. Samochód, który wiózł po meczu z USA trzech piłkarzy najechał pod Inowrocławiem na nieoświetloną furmankę. Dyszel przebił szybę i trafił Białasa w głowę. Zmarł po siedmiu dniach. Trumnę nieśli piłkarze GKS-u. W ostatnim meczu w barwach GKS-u zagrał tydzień wcześniej przeciw Legii, w której grał jego starszy brat Stefan.

4.

Niektórym kibicom wydaje się, że wątek afrykański w przypadku Tychów rozpoczyna się kiedy w ekstraklasie gra klub o nazwie "Sokół", dziecko biznesmena Piotra Bullera, szefa Giełdy Towarowo-Pieniężnej. Wtedy do drużyny trafiają między innymi chyżonogi 20-latek z Nigru  Moussa Yahaya (przez Bullera zwany "Yamahą"), jego rodak Amadou Noma czy Prince Matore z Zimabbwe. Dzieje się jednak inaczej. W 1975 roku niewiele zabrakło żeby GKS Tychy poleciał do Afryki na mecze z reprezentacjami Kenii i Tanzanii, miała to być nagroda za awans do ekstraklasy. Ostatecznie wycofano się z tego pomysłu. Wyjazd byłby kosztowny, rywale na słabym poziomie, w dodatku akurat wybuchła tam epidemia cholery. Tyszanie zagrali za to u siebie z drugą reprezentacją Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej (wygrali 5-2).

5.

Wicemistrzostwo Polski w 1976 roku to jedna z najpiękniejszych śląskich futbolowych historii. Trenerem był już wtedy wspomniany 35-letni Aleksander Mandziara, dotychczas asystent Jerzego Nikiela (po latach zostanie trenerem roku w Szwajcarii zdobywając mistrzostwo z Young Boys). Drużynę przed sezonem wzmocnił Lechosław Olsza z Katowic i Ogaza. To były strzały w dziesiątkę. Sezon zaczął się od ciężkiego zgrupowania w Paprocanach, które dało potem piłkarzom niezbędną energię. Na półmetku GKS był wiceliderem i kibice zaczęli wierzyć, że ten sezon może przejść do historii.  Ogaza szaleje, nie ma dla niego znaczenia, czy przeciwnicy przydzielają mu plastra. Zdobywa w tamtym sezonie 15 goli. Świetne recenzje zbierają też Olsza oraz stoper Marian Piechaczek.

Tak naprawdę po tym wicemistrzowskim sezonie wielu ludzi w Tychach odczuwa niedosyt. Tyszanie przegrali bowiem tytuł ze Stalą Mielec gorszym bilansem bramkowym, gromadząc tyle samo punktów. Decyduje o tym fatalne trzy mecze z rzędu, już pod koniec sezonu: GKS przegrywa u siebie ze Stalą Mielec 0-2, z Wisłą Kraków na wyjeździe 0-5 oraz z Zagłębiem u siebie 1-2. Ostatnie dwa zwycięstwa nie miały już takiego znaczenia

6.

W następnym sezonie GKS spada z ekstraklasy. Kibice najbardziej z sezonu 1976/77 zapamiętali mecze z 1.FC Koeln w Pucharze UEFA. Barw Kolonii  broniło wówczas kilku zawodników światowej klasy, m.in. mistrzowie świata Wolfgang Overath, Heinz Flohe i Bernd Cullmann, a także Wolfgang Weber, Dieter Mueller, Hannes Loehr i Harald Schumacher. Trenerem ekipy był słynny szkoleniowiec Hennes Weisweiler.

Tyszanie w pierwszym spotkaniu na wyjeździe przegrali 0:2, w rewanżu zremisowali 1:1. Awansował 1.FC Koeln, ale GKS dzięki ambitnej postawie zyskał uznanie kibiców. Spotkanie tyszan w Niemczech mało kto z kibiców GKS-u widział. Telewizja w tym czasie zdecydowała się bowiem na transmisję meczu Wisły z Celtikiem (2-0).

Przez lata dyskutowano dlaczego rewanż nie odbył się w Tychach tylko na Stadionie Śląskim. Działacze liczyli na wielką frekwencję, ostatecznie przyszło 20 tysięcy kibiców co w Kotle Czarownic nie wyglądało dobrze. Tyszanie po golu Ogazy prowadzili prawie godzinę i wyrównanie strat z pierwszego meczu było realne. Niestety, kwadrans przed końcem Dieter Mueller wyrównał.  

7.

Moja przygoda z GKS-em Tychy rozpoczęła się w sezonie 1993/94. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem mecz tyszan. Wygrali na zapleczu ekstraklasy z Lechią Gdańsk 2-1. Stadion był wtedy zupełnie inny niż dziś. Zapamiętałem, że można było siedzieć wszędzie tylko nie pod dachem. Wtedy było to niebezpieczne. Dziś stadion w Tychach należy moim zdaniem do najnowocześniejszych w Polsce.

Paweł Czado




Reklama

Reklama

Reklama

Reklama