Reklama

Reklama

Rok 1920 na Śląsku: Sędzia uznaje gola ze strachu

Kiedy kibice stoją tuż przy linii końcowej, któryś może przesądzić o golu. Tak właśnie zdarzyło się sto lat temu na Górnym Śląsku. Obyczaje futbolowe były wówczas - jak można się przekonać - gwałtowne i mocno rozfanatyzowane. Publiczność wywierała na arbitrze ogromną presję. Najpierw przyczyniła się do... strzelenia bramki, a potem do... jej uznania!

Ostatnio wpadłem na historię o dziwnej bramce podczas meczu Piasta Gliwice z Odrą Opole, która padła w 1974 roku za sprawą chłopca do podawania piłek. Okazuje się, że Górny Śląsk ma szczęście do "dziwnych bramek". Równie kuriozalna padła w Bytomiu ponad pół wieku wcześniej, już w 1920 roku - choć okoliczności są całkiem inne.

Był to gorący czas, nie było przecież wiadomo do kogo będzie należał Górny Śląsk - do Polski czy do Niemiec. Właśnie wtedy przyjechała mocna polska drużyna Pogoni Lwów. Jej mecze miały demonstracyjny, propagandowy charakter, przyznać trzeba, że cel był polityczny: trzeba było pokazać, że Polacy też potrafią grać w piłkę.

Reklama

Roznamiętniona publiczność

Lwowiacy przyjechali najpierw do Katowic, rozegrali zwycięskie mecze, które na rywalach z Bytomia zrobiły wrażenie. Beuthen 09 był najlepszą niemiecką drużyną lat 20., grało w niej wielu znakomitych zawodników. Bytomski klub widząc, że to nie przelewki rozesłał wici do... Wrocławia i Berlina. To było wielkie wydarzenie, upamiętniono je nawet w pamiątkowej księdze Pogoni z 1939 roku:

"Gra ze strony 09 była brutalna, wygrać pragnęli za wszelką cenę, wygrać choćby przeważając szalę siłą fizyczną przy doppingu [pisownia oryginalna, przyp.aut.] wielotysięcznej, roznamiętnionej publiczności nie niemieckiej".

Odkopnięta piłka

Mimo to do przerwy świetnie grający lwowiacy prowadzili 3:0. "Gracze niemieccy byli zgnębieni, wśród publiczności zapanował złowrogi nastrój dla nas i dla wiedeńskiego sędziego Hippa".

Atmosfera jest ciężka. Zaraz po przerwie z boiska musi zejść jeden z kontuzjowanych lwowiaków. Pogoń zaczyna bronić przewagi i... wtedy właśnie pada ta kuriozalna bramka. "Po kilkunastu minutach bezowocnych wypadów niemieckich, piłka uderzona przez któregoś z napastników 09, potoczyła się do publiczności - stojącej murem na linii bramkowo-autowej. Ktoś z widzów odkopnął ją z powrotem do napastnika niemieckiego a ten wpakował ją do naszej bramki. Tak obrońcy jak i bramkarz nawet się nie ruszyli, w przekonaniu, że cała akcja jest nieważna. Tymczasem tłum zaczął bić brawo i szaleć z radości. Dr Hipp stał blady i nie wiedział co robić, z naszych graczy też nikt się nie odezwał. Wówczas Bongers [środkowy napastnik o wzroście 192 cm, przyp.red.] chwycił piłkę i postawił ją na środku boiska - tłum wiwatował i ryczał, a najzagorzalsi runęli ławą ku drowi Hippowi, który pod takim terrorem bramkę uznał".

Pomogła bojówka

W 81. minucie padł drugi gol dla gospodarzy, już prawidłowy. Było tylko 2-3! Grała stała się zażarta  i brutalna". Drużynie Beuthen nie udało się wyrównać a kiedy sędzia zagwizdał po raz ostatni na boisko... wpadła bojówka uzbrojonych górników o propolskich sympatiach, którzy odprowadzili graczy do hotelu.

Kuriozalna bramka ostatecznie nie wpłynęła więc na ostateczny rezultat, ale warto przecież przypomnieć tę historię po ponad stu latach.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL