Reklama

Reklama

Po porażce z Holandią. Na mundialu wcale nie musi być tak źle, byle tylko...

Polska - Holandia 0-2. Właśnie takie mecze oddzielają chłopców od mężczyzn. Zarówno na boisku jak i na trybunach

Reprezentacja Polski w marnym stylu przegrała z Holandią? Prawda.

Biało-czerwoni wyglądali w tym meczu na bezsilnych? Prawda.

Polacy nie mieli pomysłu jak ograć rywali? Prawda.

Reprezentacja Polski: chłopcy i mężczyźni

Czy można więc po takim meczu być optymistą? Tylko człowiek, który na siłę chce się wyróżnić z przygnębionego tłumu, mógłby nim być w takiej sytuacji. Ale niekoniecznie trzeba być jednak... pesymistą.

Na wstępie - należy uświadomić sobie, że tak naprawdę... nic się nie stało! Czy mimo tej porażki możemy utrzymać najwyższą grupę w Lidze Narodów? Możemy. Czy mimo tej porażki możemy wyjść z grupy podczas mistrzostw świata w Katarze? (na tyle oceniam realny potencjał tej reprezentacji, co wpadnie więcej przyjmę z radością, jeśli nie wpadnie - nie będę narzekał). Możemy. Tak więc nic się nie stało. Nikt nie lubi kiedy jego drużyna jest bezsilna, ale przecież każdej drużynie to się przytrafia. Takie porażki oddzielają chłopców od mężczyzn. Chłopcy będą płakać i narzekać. Mężczyźni będą zastanawiać się co zrobić, żeby następnym razem tak wstydzić się przyszło nam jak najpóźniej. 

Reklama

CZYTAJ TAKŻE: Louis van Gaal: Wierzcie w swój zespół!

Po pierwsze: podczas mundialu kluczowe będzie w mojej opinii nie to jak Polska gra, tylko jak... nie gra. "O co chodzi temu Czado?" - spytacie. Otóż bardzo interesuje mnie jak Biało-Czerwoni wypadną w Katarze dwóch elementach, bodaj najbardziej istotnych. Pierwszy: jak długo Polacy będą w stanie stosować wysoki pressing w meczach grupowych. Im dłużej tym lepiej. To truizm, ale ten element gry może dać mnóstwo ważnych momentów, o których nie moglibyśmy marzyć bez stosowania tego zabiegu. Drugi: jak Polacy będą w trakcie mundialu poruszać się bez piłki? Warto przyjrzeć się jak robili to w Warszawie Holendrzy - kiedy polski piłkarz miał piłkę na rozegraniu, zawsze było ciasno, zawsze miał mało miejsca. To wymuszało straty i przypadkowe zagrania

Piszę to wszystko przy założeniu, że nasza reprezentacja potrafi grać kiedy ma piłkę, udowadniała to wielokrotnie. Indywidualne umiejętności tych piłkarzy są duże, albo bardzo dużo i trudno to podważyć.

Reprezentacja Polski: bez tego nie ma nic

Po drugie: do mundialu zostały dwa miesiące. To mało czasu, ale gdybym miał wybrać dwa elementy, na których szczególnie mi zależy jako kibicowi reprezentacji to... przygotowanie fizyczne i gra z pierwszej piłki. 

Hubert Kostka, wybitny zarówno jako piłkarz jak i trener, opowiadał mi kiedyś jak jego zdaniem położyliśmy mundial w 1978 roku. Pracował wtedy z bramkarzami na zgrupowaniu w Rembertowie. Działy się tam cuda. "Kostka do dziś pamięta treningi o 4 rano. To były wymysły Jacka Gmocha. Uznał, że w meczach sparingowych obrońcy grają zbyt mało agresywnie. Dlatego zaaplikował im nad ranem trening dżudoków. Przyszedł trener dżudo i zaczął ćwiczyć z nimi przewroty. A przed śniadaniem poszli spać. Kiedy się na nie zwlekli z łóżek , to właściwie chodzić nie umieli. Plecy ich bolały, nogi... - wspominał Kostka.

Kiedy Jacek Gmoch chce to powtórzyć, obrońcy się buntują. Stawiają ultimatum: "jeśli to powtórzysz - wyjeżdżamy". Postawili go pod ścianą. - Jeśli chodzi o wytrzymałość, Jacek wszedł w beztlenowe warunki trenowania. Zabił u piłkarzy szybkość, oni w pewnym momencie zaczęli człapać. Tymczasem do mundialu zostały już tylko dwa tygodnie i selekcjoner się przestraszył. Zaprosił na trening czołowego szkoleniowca od sprinterek Andrzeja Piotrowskiego, trenera Szewińskiej, Kłobukowskiej, Góreckiej. To był warszawiak, znajomy Gmocha. Piotrowski miał powiedzieć co poprawić żeby było lepiej. Byłem na tej odprawie. Piotrowski powiedział na niej to co ja wcześniej: "Niestety Jacek, już tego nie naprawisz". Wszedłeś w warunki beztlenowe, ci chłopcy, nie wiem co teraz byś robił szybkości już nie zdobędą. To znaczy zdobędą: dwa tygodnie po mistrzostwach świata..."*

To poważne wyzwania, bo wiadomo, że nie można wszystkich wsadzić do jednego wora. Przykładem Piotr Zieliński. Przeszedł w tym roku koronawirusa. Tylko głupcy lekceważą tę chorobę, tylko dyletanci twierdzą, że nie pozostawiają śladów w organizmach wyczynowych sportowców. Każdy przypadek jest inny. Jedno jest pewne: choć Zieliński przeciw Holandii Zieliński pokazał, że jest świetnym piłkarzem, jak zwykle miał "magic touch", którego trudno się nauczyć (przy najlepszej sytuacji dla Polaków w 52 minucie), jednak można zastanawiać się czy jest w optymalnej formie fizycznej.  

Na szczęście do mistrzostw świata mamy dwa miesiące, nie dwa tygodnie. Być może - piszę "być może" - bo na tym znają się przecież nieliczni, Czesław Michniewicz wcale nie musi iść w tej sprawie drogą Jacka Gmocha. Być może należy się skupić na tym aspekcie - tak żeby dyspozycja fizyczna wszystkich piłkarzy była NIENAGANNA. Bo ona umożliwia coś co daje przewagę w aspekcie czysto piłkarskim. Jakim?

Marzę żeby Polacy częściej stosowali ten element gry

Przechodzę do sedna czysto piłkarskiego. Po trzecie: widzieliście gole Holendrów wbite Polakom? Było w nich coś pociągającego, drapieżnego, fit - po prostu. Co sprawiało, że były właśnie takie? Jeden element, który sprawia wszystko. Płaskie zagranie z pierwszej piłki na pełnej szybkości. W założeniu to proste. Zagranie, odegranie, start do piłki i już. Bardzo chciałbym żeby Polacy grali dużo z pierwszej piłki. Ale nie da się tak grać bez odpowiedniego przygotowania fizycznego. I kółko się zamyka. 

Reasumując: nie płaczmy na trybunach zbyt wcześnie. Burza czasami rzeczywiście trwa długo, ale zdarza się, że wychodzi po niej słońce. Żeby jednak wyszło - trzeba popracować. I wiedzieć jak popracować.

***

Ach, jeszcze jedno! Podobno tylko weterani woje punickich i wypraw krzyżowych pamiętają kiedy ostatnio wygrywaliśmy z Holandią. Pół żartem, pół serio: tu nie chodzi o to kiedy. Tu chodzi o to gdzie te wszystkie zwycięstwa (1969, 1975, 1979) miały miejsce. W futbolu wiele zależy też od magicznych miejsc... 

Paweł Czado

*fragment mojej książki "Zieloni. Szombierki, niezwykły śląski klub"

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL