Reklama

Reklama

Osobna kabina prysznicowa dla mistrza świata

Piłkarze w różny sposób byli doceniani przez kluby w których grali. Ta historia - z 1982 roku - jednak zadziwia.

Wenanty Fuhl to wychowanek Uranii Kochłowice, do Szombierek Bytom przyszedł zaraz po sezonie mistrzowskim w 1980 roku i grał w nich przez dwa sezony. Potem karierę kontynuował w Niemczech, występował tam w sześciu klubach, najbardziej kojarzony jest dziś z 1.FC Saarbrücken. Grał tam przez osiem sezonów (1986-94), do dziś mieszka w tym mieście, jest poważany przez miejscowych kibiców. 

Historia, którą mi właśnie opowiedział (przyjechał na Śląsk z wizytą do rodziny), dotyczy jednak okresu gry w Schalke 04 Gelsenkirchen (sezon 1982/83), gdzie nie dostał prawdziwej szansy.

Ostoja Schalke Gelsenkirchen

Reklama

Podstawowym bramkarzem tamtej drużyny był Norbert Nigbur. Prawdziwa legenda Schalke, piłkarz urodzony w Gelsenkirchen, który najpierw  chciał być... kierowcą rajdowym. Początkowo, jako nastolatek, był napastnikiem, ale kiedy w jego drużynie wyrzucono podczas meczu bramkarza, on stanął na bramce i... obronił dwa karne. Wtedy zmienił pozycję już na stałe. W Gelsenkirchen przez czternaście lat (z przerwą) rozegrał prawie 400 meczów. Był prawdziwą ostoją tego klubu.

Konkurencję w reprezentacji Niemiec była wielka, królował wtedy bramkarz Bayernu Monachium - Sepp Maier. Nigbur ostatecznie w drużynie narodowej zagrał sześć razy. Niemniej został mistrzem świata: w 1974 roku był w reprezentacji Niemiec, która zdobyła na własnych stadionach mistrzostwo świata. Był wówczas trzecim bramkarzem i na turnieju nie zagrał. Niemniej został uhonorowany za to osiągnięcie w niecodzienny sposób a przekonał się o tym... Walenty Fuhl.

To był w Polsce rarytas

- Kiedy po treningu szliśmy pod prysznic okazało się, że do tej kabiny z której akurat chciałem skorzystać... wejść nie mogłem. Okazało się, że Nigbur jako mistrz świata miał własną, z której tylko on mógł korzystać! - opowiada Walenty Fuhl, który jest młodszy od Nigbura o 12 lat. - Niemniej okazał się bardzo fajnym kolegą, sodówka absolutnie mu nie groziła. Pamiętam historię z rękawicami. Bronił wówczas we wspaniałych egzemplarzach, w Polsce były wówczas prawdziwym rarytasem. Na każdej parze miał wybite litery NN - od imienia i nazwiska. Chciałem takie zdobyć dla kolegi z Uranii Kochłowice. Spytałem Nigbura czy byłaby na to szansa. 

- No, jasne - odparł. - Ile potrzebujesz?

- Byłbym wdzięczny za jedną parę - odpowiedziałem. Nigbur bez słowa poszedł do szafki i wręczył mi... cztery pary - wspomina Wenanty Fuhl.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy