Reklama

Reklama

O meczu, na którym lepiej było być niewidzialnym

Przed nami niezwykłe śląskie derby, które zawsze powodowały gorączkę emocji. Skoro Ruch Chorzów gra z Polonią Bytom - muszę przypomnieć mecz 1945 roku. Kto był wtedy na trybunach - na pewno nigdy o nim nie zapomniał. Także ze względów pozasportowych.

Ruch Chorzów gra dziś z Polonią Bytom na szczycie III ligi. To czwarty poziom rozgrywek, ale kiedyś obaj rywale rywalizowali o mistrzostwo. Już od pierwszego spotkania było gorąco. Pierwszy raz oba zespoły spotkały się niespełna trzy miesiące po zakończeniu wojny. To jeszcze nie były rozgrywki ligowe, jedynie towarzyski turniej z okazji istnienia 25-lecia Ruchu. Polonia, oparta w dużej mierze na piłkarzach przybyłych z Lwowa wygrała 6-3. Po niespełna miesiącu oba zespoły spotkały się już w rozgrywkach ligowych, w śląskiej A-klasie (ekstraklasa rozpocznie rozgrywki w 1948 roku).

Reklama

Publiczność wyjątkowo naelektryzowana

W październiku 1945 roku spotkanie Ruchu z Polonia (jeszcze na boisku na Kresach, nie na Cichej) przyjechało tramwajami wielu kibiców z Bytomia. O tym, co się wydarzyło, szczegółowo pisały śląskie gazety. "Mecz odbył się przed ponad dwutysięczną rzeszą naelektryzowanych widzów" - donosił "Dziennik Zachodni". Dwa tysiące to niby niewiele, ale pamiętajmy, że tuż po wojnie każdy mecz piłkarski mógł stać się iskrą zapalną, nastroje w społeczeństwie były jednak nieustannie podminowane, wielu ludzi ciągle posiadało broń.

W Ruchu wyróżnia się Edward Lasocki (według innej wersji Lasecki). "Ruch atakuje przeważnie lewą strona gdzie niezmordowany Lasocki jest motorem wszystkich akcji". To właśnie on w 25. minucie rozpoczyna akcję po której Ruch uzyskał prowadzenie po strzale Ewalda Zengera.

Katowicki "Sport" relacjonował: "Od początku daje się zauważyć duże zdenerwowanie u obu drużyn, przy czym Matjas [taką pisownię wówczas stosowano wobec najsławniejszego piłkarza gości Michała Matyasa] wdaje się w częste rozmowy z zawodnikami, względnie krytykuje orzeczenia sędziego, odbiegając swym sposobem zachowania od przyjętych form (...). Po przerwie gra toczy się w dalszym ciągu pod znakiem gry wyrównanej, przy czym incydenty mnożą się. Na 20 minut przed końcem Edward Lasocki zagrywa ostro i kontuzjuje Matjasa, który wymierza sobie na miejscu sprawiedliwość, policzkując na miejscu zawodnika Ruchu" - opisywał "Sport".

Wracaj i powiedz sędziemu, że masz grać

Dziennik Zachodni: "Matias zamiast grać, ciągle interweniuje u sędziego a boiska padają hasła "my z niemcami [pisownia oryginalna, przyp.aut.] nie gramy. Cała sprawa nadaje się do zbadania przez Śląską Radę Sportową. Ostateczna weryfikacja graczy jest rzeczą palącą aby w przyszłości mogli grać równi z równymi i aby politycznymi incydentami nie zakłócać atmosfery sportowej, Chwilami odnosiło się wrażenie, że publiczność podzielona na 2 obozy rzuci się na siebie w obronie swych pupilów"

I dalej: "W 17. minucie [drugiej połowy, przyp. aut.] następuje krótkie spięcie. Matias w spotkaniu z Laseckim gubi piłkę, odwraca się i uderza tego ostatniego w twarz. Sędzia, który prowadził zawody obiektywnie wyrzuca tego ostatniego z boiska.

O Laseckim, opowiadał mi Kazimierz Trampisz, inny as Polonii, który dobrze go zapamiętał. Wspominał mi, że był to zawodnik, który... wypychał sobie przed meczem but gazetami, bo nie miał kilku palców u nóg. Trampisz opowiadał, że lekarze amputowali mu je podobno po tym, jak strzelił sobie w stopę, bo nie chciał iść na front w czasie wojny.

Kiedy Matyas spoliczkował rywala i wyrzucony schodził z boiska kilku bytomskich kibiców przeskoczyło przed płot i do niego podbiegło. "A czemu ty schodzisz?" - pytali Matyasa. "Bo sędzia mi kazał" - odparł piłkarz. "To ty wracaj i powiedz jemu, że masz grać!"

Po dłuższej dyskusji zawodnik schodzi jednak z boiska "ale pozostaje publiczność protestująca przeciw temu orzeczeniu. Nie pomagają porządkowi i kilka serii strzałów Milicji [pisane z dużej litery, przyp.aut.], publiczność protestuje dalej".

Wynik już się nie zmienił

Jeden z bytomskich kibiców, który od zakończenia wojny chodził w mundurze i wszędzie z pepeszą, zaczął strzelać w powietrze. Miał krzyknąć "za mną orlęta lwowskie" i wbiec na boisko. Część przerażonej publiki rozpierzchła się, część wdarła się na płytę.

Mecz przy stanie 1-0 dla Ruchu nie został już dokończony. "Sędzia po odczekaniu przepisowego czasu odgwizduje koniec gry wobec nie opuszczenia przez publiczność boiska". Piłkarze trafili na posterunek milicji, gdzie zostali przesłuchani i wypuszczeni. Początkowo Ruch został zawieszony, ale decyzja została zmieniona  Matyas został zdyskwalifikowany, ostatecznie 16 grudnia odbyła się specjalna, 28-minutowa dogrywka, bo tyle minut brakowało do zakończenia spotkania. Był to pierwszy mecz, a właściwie fragment meczu, który odbył się na po wojnie na stadionie Ruchu. Wynik już się nie zmienił.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje