Reklama

Reklama

Jak dziennikarz Interii został... bramkarzem hokejowym

Przeżywałem spełnienie w różnych momentach życia. Teraz mogę dopisać jeszcze jedno: ten moment kiedy stoję na hokejowej bramce, w moją stronę leci krążek, wystawiam rękę a guma trzepoce w raku. Jaka satysfakcja! Nigdy wcześniej nie przeżyłem czegoś takiego.

Uprawianie sportu nie kojarzy się ze strachem. Są jednak dyscypliny, które nie są dla każdego. Stanie na bramce w meczu hokejowym wydawało mi się zajęcie dla samobójców i desperatów. Zostałem wyprowadzony w błędu.

Bramkarz ubiera się w 7 minut

Mirosław Wadas, były bramkarz hokejowy, postanowił przekonać mnie, że życie bramkarza hokejowego nie jest jednak takie straszne. Zaprosił na lodowisko Jantor w Janowie gdzie na co dzień gra drużyna Naprzodu. Miałem spróbować swoich sił jako bramkarz podczas treningu amatorskiej drużyny Naprzodu. 

Profesjonalnemu bramkarzowi ubranie się na mecz zajmuje bardzo mało czasu. - Potrafiłem się ubrać w 7 minut - uśmiecha się Mirosław Wadas. Zna wszystko na pamięć, wszystko robi automatycznie. Ja ubierałem się niezdarnie przez pół godziny. Bez wskazówek nie byłbym w stanie w ogóle się ubrać! Jako laik nie miałem pojęcia, że garderoba bramkarza hokejowego składa się z tylu części. Na spód wygodna bielizna termalna. Tylko to miałem własne. Resztę pożyczył mi Mirosław Wadas. 

Reklama

To ciekawa hokejowa postać. Zaczął jako 11-latek w 1978 roku w Baildonie Katowice. Po rozwiązaniu sekcji hokejowej w tym klubie w 1982 roku przeniósł się do GKS-u Katowice i w 1986 roku został wicemistrzem Polski juniorów m.in. razem z obecnym trenerem GieKSt Jackiem Płachtą a także Wojciechem Tkaczem. Grał także w OTH Opole, klubie, który był protoplastą Orlika. - Zabrakło mi odwago żeby jechać bronić do Torunia. Zamiast mnie pojechał tam Tomasz Jaworski z Polonii Bytom i... został na parę lat etatowym bramkarzem reprezentacji - uśmiecha się Mirosław Wadas.

Zatrzaski, klamry, sznurki, sznurowadełka

W szatni nie wiedziałem za co zabrać się najpierw. A najpierw trzeba ubrać suspensor czyli ochronę na przyrodzenie. Bez tego na lód nie wyjdzie żaden mężczyzna. W NHL potrafią uderzyć krążek z szybkością ponad 175 km/h! Nakolanniki ochraniają także część uda. To ważne przy klękaniu na lodzie. Potem trzeba wciągnąć spodnie, wkładamy buty z łyżwami. Do łyżew trzeba zamocować parkany czyli ochraniacze na nogi amortyzujące uderzenia krążka

Potem góra. Ciężka kamizelka bramkarska a na to klubowy trykot. Przed samym wejściem ubieramy maskę i rękawice. Bierzemy kij w garść i startujemy na lód. To się wszystko szybko czyta ale jednak wolno ubiera... To wszystko ma zatrzaski, klamry, sznurki, sznurowadełka - trzeba wiedzieć co gdzie włożyć i co z czym dopasować. Za pierwszym razem można zwariować. A nie można sobie odpuścić. Trzeba ubierać się powoli i dokładnie, bo już na lodzie sprzęt nie może latać i nie może bramkarzowi przecież nagle odpaść parkan...

- Dziś bramkarze wyglądają już inaczej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Mają do dyspozycji coraz lepsze ochraniacze. Pamiętam czasy gdy nakładałem na siebie kamizelkę szytą w pasy i napchane trawą morską. Wyglądałem jak ludek od Michelina [francuskiego producenta opon, przyp. aut.] - uśmiecha się Mirosław Wadas. Gdyby nie on nie byłbym w stanie sam się ubrać. Byłem jak dziecko we mgle. 



Osobna historia to rękawice. Chyba nigdzie nie różnią się tak bardzo jak w hokeju. To łapaczka i odbijaczka. W odbijaczce bramkarz trzyma jeszcze kij. Najczęściej między nogami, bo wpuścić tamtędy krążek do bramki to wstyd. Łapaczka czyli rak to rodzaj rękawicy z siatką, trochę przypominająca rękawicę do baseballa. Chodzi o złapanie w nią lecącego krążka.

Gra bez maski to szaleństwo

Symbolem bezpieczeństwa jest dla mnie maska. Ponad pół wieku temu bramkarze bronili na lodzie bez masek, dziś trudno to sobie wyobrazić.  Pierwszym bramkarzem, który nosił maskę w NHL był Clint Benedict, który w 1930 roku nosił formę wykonaną ze skóry. Trzy dekady później, w 1959 roku, Jacques Plante zaczął nosić samodzielnie wykonaną maskę z włókna szklanego po tym jak dostał krążkiem w twarz podczas meczu. 

Jeszcze jeszcze w latach 70. niektórzy bramkarze na świecie szczycili się tym jako aktem odwagi, broniąc w ten sposób, że głowa wystawała poza linię poprzeczki. To jednak musiało się skończyć - zarówno na światowych i polskich lodowiskach. Dziesięć lat temu bramkarz Zagłębia Sosnowiec Zbigniew Szydłowski podczas treningu dostał krążkiem w twarz z pięciu metrów. Akurat była przerwa w grze. Bramkarz podniósł maskę, pomyślał, że zdąży się napić, kolega akurat wystrzelił krążkiem. Trudno opisać co stało się z twarzą Szydłowskiego. Ucierpiał nos, łuk brwiowy i oczodół a odpryski kości zaplątały się między mięśnie oka. Bramkarz przeżył i doszedł do siebie, ale tamta historia mną wstrząsnęła. 

Łapaczka pozwala na ekstazę

Jestem ubrany. Czuję się dziwnie. Chodzę jak automat. Pojawia się jeszcze jednak trudność. Całe życie jeżdżę na nartach, ale na łyżwy tata zabrał mnie kilka razy do Spodka kiedy miałem pięć lat. Od tego czasu nie jeździłem na łyżwach!

Biorę udział w treningu amatorskiej drużyny Naprzodu Janów. To świetnie wytrenowani zawodnicy, wielu z nich starszych ode mnie, ale hokej mający we krwi. Spotykają się na treningach wieczorami dwa razy w tygodniu, grają w amatorskiej lidze. Przyjęli mnie serdecznie i ze zrozumieniem, choć patrzyli pewnie trochę z osłupieniem kiedy wszedłem na lód i nie umiałem płynnie podjechać do bramki lecz powolutku drobiłem żeby się nie wywrócić. 

Oczywiście nie wziąłem udziału w żadnym meczu. To niemożliwe. Stanąłem na bramce, a podczas rozgrzewki hokeiści trochę mi postrzelali. Prawdziwy bramkarz pokazał mi pozycję, którą powinienem przyjąć, tzw. butterfly. Chodzi o to żeby rozłożyć się w bramce jak najokazalej i zasłonić najwięcej bramki jak się da. 

Czasami nie wiedziałem kiedy leci krążek, czasami wiedziałem, bo czułem stukot mojego pancerza. Ale dla jednej chwili warto na ten lód wyjść: kiedy wyciągacie rękę, krążek wpada w waszą łapaczkę i w niej zostaje! Uczucie dumy graniczy wtedy z ekstazą. To coś wspaniałego! 

Hokej to coś wspaniałego

 Wytrzymałem tylko kilka minut. Chybotałem się na lodzie, bałem się, że skręcę kostki. To był pokaz nieporadności, ale i tak byłem szczęśliwy. Zszedłem i ze szczęściem w oczach przyglądałem się jak towarzysze z lodu rozgrywają hokejowy mecz. Kiedy zszedłem - przyśpieszyli. Ten hokej to błyskawiczna, wspaniała dyscyplina! Warto ją oglądać, ale - jak się przekonałem - warto ją uprawiać!

***

PS Wiecie co? Kiedy dawnymi czasy przeprowadzałem wywiady pod hokejowymi szatniami te miejsca wydawały mi się najsmrodliwszymi na świecie. Kiedy sam do niej wszedłem już mi tak nie śmierdziało. 

PS1 Dziękuję Mirosławowi Wadasowi za serdeczność i pomoc a amatorskiej drużynie Naprzodu Janów za wyrozumiałość i cierpliwość.


Dowiedz się więcej na temat: hokej | Naprzód Janów | Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje