Reklama

Reklama

Hiszpania - Polska. Siedem fleszy przed meczem Orłów z Hiszpanami

Siedem ciekawostek z rywalizacji futbolowej polsko-hiszpańskiej. Już dziś o 21 w Sewilli Polska zagra z Hiszpanią w finałach mistrzostw Europy. Ku pokrzepieniu serc: raz udało się wygrać... W dodatku na wyjeździe! Żeby nie było tak dobrze: do zera przegraliśmy aż pięć razy na dziesięć prób...

1. 

Ten zwycięski rodzynek przydarzył się ponad 40 lat temu, w Barcelonie - za kadencji Ryszarda Kuleszy. W listopadzie 1980 roku Polska wygrała na kameralnym Estadio Sarria w Barcelonie 2-1. Zaszalał młodziutki napastnik Wisły Andrzej Iwan, który zdobył obie bramki. W obu składach było wielu renomowanych piłkarzy, w polskiej aż dziesięciu, którzy za półtora roku będą cieszyć się z trzeciego miejsca na świecie. Zdumiewające, ale to polscy byli faworytami, bo Hiszpanom w tamtym roku w ogóle nie szło. Oba gole to w dużej mierze zasługa Zbigniewa Bońka. Pierwszy padł po akcji duetu Boniek - Smolarek. Słynny Luis Arconada odbił piłkę ale przy dobitce Iwana był bezradny. Hiszpanie wyrównali tuż przed końcem, ale zaraz potem, w jednej z ostatnich akcji meczu, Boniek ruszył lewą stroną a Iwan dokończył.

Reklama

2.

Tylko dwóch polskich piłkarzy w dziejach może powiedzieć, że debiutowało w reprezentacji podczas zwycięskiego meczu z Hiszpanią. To obrońca Adam Walczak z Bałtyku Gdynia i napastnik Krzysztof Adamczyk z Legii Warszawa, którzy dokonali tego właśnie w 1980 roku. Ten szczęśliwy start nie sprawił jednak, że zrobili reprezentacyjne kariery. Na mundial do Hiszpanii nie pojechali... Walczak przez lata myślał, że to był jego... jedyny występ w kadrze. W następnym roku zagrał bowiem jeszcze tylko w trzech meczach młodzieżówki z Japonią i dopiero potem okazało się, że to grała jednak pierwsza reprezentacja: PZPN podpisał umowę, że wysyła do Kraju Kwitnącej Wiśni pierwszą reprezentację więc tak - słusznie zresztą - potraktowali ją Japończycy. Z kolei Adamczyk zagrał jeszcze dwa razy: za Kuleszy w towarzyskim meczu z Algierią oraz w debiucie Antoniego Piechniczka w meczu z Rumunią, który natychmiast z niego zrezygnował. 

3.

Wypada żałować, że nie udało doprowadzić się do międzypaństwowego spotkania jeszcze przed wojną, zwłaszcza w drugiej połowie lat 30. To byłoby ciekawe starcie. Oba kraje miały wówczas fantastyczne drużyny reprezentacyjne; byłoby świetnie zobaczyć Ernesta Wilimowskiego naprzeciw Ricardo Zamory. Udało się jedynie doprowadzić do meczu reprezentacji Górnego Śląska z Krajem Basków. Mecz odbył się w czerwcu 1937 roku. Kraj Basków piłkarsko był wtedy niezwykle silny, Baskowie stanowili trzon reprezentacji Hiszpanii. Największą gwiazdą był fantastyczny środkowy napastnik Isidoro Langara, zwany na Zachodzie "Tankiem". Przez całą karierę Langara był królem strzelców aż czterech lig - Hiszpanii, Portugalii, Argentyny i Meksyku! Ślązacy dali z siebie wszystko, ale przegrali 3-4, a jednego z goli dla gości strzelił właśnie Langara. Gospodarzom nie pomógł nawet Ernest Wilimowski, który też zdobył jedną bramkę (w innej sytuacji zderzył się z bramkarzem i musiał na chwilę zejść z boiska). Kibiców oczarowała u gości zwłaszcza umiejętność gry głową. Baskowie "okazali się mistrzami techniki, raz po raz błyskali fajerwerkami efektownych tricków" - zauważył "Przegląd Sportowy".

4.  

Zanim doszło do oficjalnego spotkania między reprezentacjami, w 1957 roku odbył się niezwykły mecz na otwarcie Nou Camp. Gospodarze zmierzyli się z reprezentacją Warszawy, a właściwie reprezentacją Polski. Rywalem miała być Legia, mistrz Polski z 1955 i 56 roku, ale PZPN obawiał się kompromitacji i wysłał kombinowaną drużynę. Do Barcelony poleciało 13 Polaków, nie wytrzymali meczu kondycyjnie. Do przerwy było 2-2, ostatecznie gospodarze wygrali 4-2. Barwnie opowiadał mi o tamtym meczu nieżyjący już Helmut Nowak, pochodzący ze Śląska gracz Szombierek, także Legii, który wtedy zagrał. 

5.

Pierwszy oficjalny mecz między Polską a Hiszpanią odbył się 28 czerwca 1957 roku na Stadionie Śląskim. Były to równocześnie eliminacje do pierwszego w dziejach Pucharu Narodów czyli - protoplasty obecnego Euro. Zainteresowanie meczem było gigantyczne, milicja nie potrafiła rozładować korków, które porobiły się na drogach dojazdowych. Część zniecierpliwionych widzów wysiadła wówczas w stojących długich korkach autokarów i na piechotę dotarła na stadion. Na Śląski przyjechał wówczas m.in. słynny Alfredo di Stefano, symbol Realu, ale także równie wspaniali Francisco Gento czy Luis Suarez (wszyscy dostali "Złotą Piłkę" FF). Biało-czerwoni prowadzili przez 6 minut dzięki bramce Ernesta Pohla, która rozbudziła nadzieję. Hiszpania była jednak zbyt silna i ostatecznie wygrała 4-2 (dwa gole Di Stefano, dwa Suareza, jeden Brychczego). 

6.
Ciekawe, że zdecydowana większość konfrontacji przydarzyła się w krótkim okresie; między 1980 a 2000 rokiem. Właśnie wtedy oba reprezentacyjne pociągi mijały się w przeciwne strony, na początku tego okresu Polska była wyżej notowana - na końcu, wręcz odwrotnie. Być może dlatego graliśmy przeciw sobie tak rzadko: w eliminacjach wielkich imprez lub na nich samych nie wpadaliśmy na siebie, a grami towarzyskimi nie byliśmy chyba, z różnych względów, zainteresowani... Dziś trudno sobie wyobrazić, że kiedykolwiek do meczu z Hiszpanami mogliśmy przystępować jako faworyci.

7.

Ostatni raz Polska zagrała przeciw Hiszpanii już dosyć dawno, bo w czerwcu 2010 roku, ale trauma po potwornym laniu, jednym z najwyższych w dziejach - żywa jest wśród polskich kibiców do dziś. 0-6! Może stąd taka niewiara w narodzie przed najbliższym meczem? To była najwyższa klęska od 1960 roku... Miejmy nadzieję, że tamtego meczu nie pamiętają już zbyt dobrze Kamil Glik (zszedł przy stanie 0-3), Robert Lewandowski (zszedł przy stanie 0-4) i Maciej Rybus (wszedł przy stanie 0-3). Orły, do boju!

Paweł Czado



Dowiedz się więcej na temat: piłka nożna | reprezentacja Polski | Euro 2020 | Hiszpania | Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje