Reklama

Reklama

Dawni mistrzowie: Zapasy w dobie pandemii nie zginą

Czy da się uprawiać zapasy w dobie koronawirusa? Sprawdziłem na przykładzie GKS-u Katowice.

Reklama

Wiadomo, że pandemia paraliżuje wszystko, także sport. Ciekawiło mnie jak radzą sobie zapasy. To jedna z tych dyscyplin, których nie da się uprawiać w maseczce.

Reklama

Wybieram się na mistrzostwa Śląska dzieci w stylu klasycznym (jest jeszcze styl wolny, gdzie można wykonywać akcje z udziałem nóg). Zawody odbywają się w słynnym kiedyś zapaśniczym ośrodku przy ul. Józefowskiej w Katowicach. Kiedyś to wspaniała ceglana hala będą kiedyś ośrodkiem przygotowań olimpijskich. Przez lata, pod kierownictwem Jana Czai trenowali tam zapaśnicy GKS-u Katowice, którzy zdobyli trzy medale olimpijskie, 15 medali mistrzostw świata, 24 medale mistrzostw Europy i 52 tytuły mistrzostw Polski.

Złote czasy zapasów

Przy wejściu sprawdzają mi temperaturę. Wokół cisza, a tu... inny świat! Dzieci walczą w ogromnych emocjach. Sczepiają się, przewracają. Wszystko pod pełną kontrola sędziów. - Złap go, złap! - dopingują się koledzy. Startuje 90 zawodników z kilkunastu klubów.

Zawody z uśmiechem, ale i uwagą oglądają starzy mistrzowie, wyjątkowo zasłużeni dla tej dyscypliny sportu. 71-letni Stanisław Krzesiński  był dwukrotnym olimpijczykiem w latach 70., ale zdecydowanie bardziej znany jest jako trener. Kiedy w latach 1980-92 był szkoleniowcem kadry narodowej, jego podopieczni zdobyli 54 medale igrzysk olimpijskich, mistrzostw świata i Europy (14 złotych, 23 srebrne i 17 brązowych).

Ten z nieśmiałym uśmiechem to Jan Dołgowicz, 66-letni wicemistrz olimpijski z igrzysk w Moskwie w 1980 roku. A energiczny i dbający o wszystko to 63-letni Jerzy Kopański, dwukrotny wicemistrz Europy i brązowy medalista mistrzostw świata - dziś nie tylko trener, ale i prezes klubu. - Dla tych dzieci to powinna na razie być tylko przyjemność i zabawa. Dobrze, że tyle młodzieży interesuje się zapasami - mówi Dołgowicz.

Przyjść wcześniej, żeby napalić w piecu

Kiedyś GKS Katowice był zapaśniczą potęgą. Górny Śląsk stał zapasami przez dziesięciolecia, pierwsze tytuły mistrzowskie tutejsi zapaśnicy zdobywali już w połowie lat 20. W sąsiednich Mysłowicach działała Siła - klub z równie wielkimi ambicjami i dobrymi zawodnikami. Kto trafiał z innych części Polski do śląskich klubów zapaśniczych, musiał już coś potrafić.  Atmosfera jest wówczas fantastyczna, zapaśnicy przekomarzają się, rywalizują, ale i zwyczajnie lubią. Jerzy Kopański oprowadza mnie po hali. - W tamtym rogu stał kiedyś żeliwny piec - pokazuje. - Zimą, jeśli ktoś źle powalczył na zawodach, to potem musiał za karę dwie godziny wcześniej tutaj przyjść, narąbać drzewa i węgla nałożyć. Kiedy reszta zawodników przyszła na zajęcia to było już ciepło. Nasz trener Jan Adamaszek w taki sposób nas mobilizował, wychowywał - opowiada.

W latach 70. GKS był prawdziwą potęgą. Podczas mistrzostw świata w Meksyku w 1978 roku w kadrze Polski na 10 zawodników aż siedmiu było z GKS-u.

Dziś ambicje GKS-u muszą być inne. Klub ciągle ma do dyspozycji piękną halę, skupia się na szkoleniu dzieci i młodzieży. Klubu nie stać już na prowadzenie sekcji seniorów. - Jesteśmy Uczniowskim Klubem Sportowym. Mamy dzieci między 9. a 18. rokiem życia. Dochowaliśmy się mistrza Polski i medalistę mistrzostw świata kadetów Marcela Kasperka, którego wychowywaliśmy od szóstego roku życia. Jednak kiedy skończył 16 lat musieliśmy go dać do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Radomiu. W zapasach nie ma takich transferów jak w piłce nożnej, odbywa się to bardziej skromnie. U nas nie ma drużyny seniorskiej. Kasperkowi nie byliśmy w stanie dać żadnej pensji. W tej chwili szkolimy około 30 chłopaków - mówi Jerzy Kopański.

Teraz jest trudniej

Dawniej chętnych było mnóstwo, nauczyciele WF-u z pobliskich szkół sami wysyłali zdolniejszych chłopaków prosto do klubu, bo byli jednocześnie trenerami zapasów. Niektórzy chłopcy przychodzili sami. W klubie trenowało 300 dzieci. Wtedy treningi na hali odbywały się od rana do wieczora. Teraz jest trudniej w tym względzie, ale nikt się nie poddaje. Klub stara się informować jak może o własnej działalności, choć działacze muszą uważać gdzie rozlepiają afisze. Na Śląsku jest ostra, kibicowska rywalizacja i niektóre są ogłoszenia są niszczone.



Jan Dołgowicz: - Dzieci nie są już tak chętne. Technologia, komputery, laptopy odciągają od sportu, od chęci ruszania się i to nie są czcze słowa. Siedzenie przed telewizorem jest dla wielu bardziej atrakcyjne niż pójście na halę żeby się gdzieś spocić.

Jerzy Kopański: - Kiedyś to było prostsze, ten klub nie potrzebował żadnej reklamy. - W tych trudnych czasach dajemy sobie jednak radę. Mamy zgodę na trenowanie w halach sportowych i organizowanie zawodów dlatego, że startujemy na zawodach międzynarodowych i ogólnopolskich. To daje nam prawo do trenowania.

Klub nadal współpracuje ze szkołami, choć już nie na taką skalę jak kiedyś: z podstawówką nr 34 na Ligocie i nr 31 na Zawodziu. - Chodzimy do szkół, robimy pokazy zapaśnicze, zachęcamy - mówi Kopański.

Treningi na korcie tenisowym

Kiedy w zeszłym roku na Śląsku obowiązywały większe obostrzenia niż dziś było ciężko. - Trener Kopański dawał wtedy rozpiskę zawodnikom i ich rodzicom. Dzwoniło się do dzieci i przekazywało plany - opowiada Stanisław Krzesiński.

Zapaśnik nie jest w stanie przygotować się do startów w samotności. - To niemożliwe, ale chodzi o podtrzymanie formy fizycznej, wytrzymałości i sprawności - dodaje Krzesiński.

- Był taki moment, że pozamykane było wszystko. Organizowaliśmy treningi w maskach. Biegaliśmy po lasach. Wynająłem kort tenisowy i na nich podopieczni toczyli pojedynki w parach, oczywiście w odpowiednich odstępach między nimi. Wkładaliśmy maski, kiedy ktoś chciał nas pooglądać. Nie chcieliśmy odpuścić, bo wiedzieliśmy, że w innych klubach w Polsce odbywają się normalne treningi. Nie chcieliśmy rezygnować, bo w czerwcu była olimpiada młodzieży szkolnej - mówi Kopański.

Co dalej?

- Pieniędzy nie bierzemy, na etatach nie jesteśmy. Jest jeden trener, który dostaje pieniądze. Staramy się działać. jak najmniejszym kosztem - podkreśla Jerzy Kopański.

Klub istnieje dzięki miastu. W 2020 roku otrzymał 64 tysiące zł, w 2021 - 67 tysięcy. - Jesteśmy miastu wdzięczni. Dostajemy dotacje, które wystarczają na minimalne stypendia, na wyjazdy na zawody, na dresy. Żyjemy. Oczywiście, nie jest już tak, kiedy zapaśnicy byli utrzymywani przez kopalnie. Nie ma wyczynu. Cały zarząd klubu, złożony z zapaśników pracuje za darmo. Mało tego; działacze dokładają się do stypendiów, wożą chłopaków na zawody prywatnymi samochodami - dodaje Kopański.  

I tak dobrze, że klub działa. Przy transformacji ustrojowej zapaśnikom pewnego dnia zakazano do hali na Józefowskiej przychodzić, a trofea, kroniki, zdjęcia wyrzucono na śmietnik. Potem okoliczni mieszkańcy przynosili to zapaśnikom z powrotem, bo "to przecież wstyd, żeby tak to się walało". Na szczęście mogli do hali wrócić.

Pomagają innym. Kiedyś między zapaśnikami GKS-u a mysłowickiej Siły była niechęć, jak nie przymierzając między GKS-em a Ruchem w piłce nożnej. To się jednak zmieniło. - Oni też się rozpadli, a my im pomogliśmy, zorganizowaliśmy trenerów, zmobilizowaliśmy środowisko. Dziś działają na podobnej zasadzie jak my - mówi Kopański.  

Podoba mi się jak starzy mistrzowie są zżyci. Jak lubią się i poważają. Raz na rok spotykają się z okazji Wigilii, często zjeżdżają zewsząd dawne gwiazdy zapasów. Andrzej Supron [prezes Polskiego Związku Zapaśniczego, zawodnik GKS-u w latach 1972-87, przyp. aut.] przyjeżdża z Warszawy, wpada też Czesław Kwieciński, symbol Siły Mysłowice, pięciokrotny olimpijczyk. Zapaśniczy klub istnieje dzięki pasji dawnych gwiazd. Bez nich nie byłoby niczego. - My cały czas mamy marzenia. Tylko życia coraz mniej - uśmiecha się smutno Stanisław Krzesiński. 

Dowiedz się więcej na temat: zapasy | GKS Katowice | Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje