Reklama

Reklama

Bayern Monachium tylko raz przegrał u siebie z polską drużyną

Mija niezwykła rocznica. 30 grudnia Bayern Monachium jeden, jedyny raz przegrał u siebie z polską drużyną. Było to dawno temu, jeszcze przed wojną.

Na pewno każdy z was, kibiców, żałuje czegoś do czego w  piłce nożnej nigdy nie doszło. Ja żałuję choćby, że europejskich pucharów nie wymyślono ćwierć wieku wcześniej. Jakież to byłoby fascynujące zobaczyć jak w pojedynkach z ekipami włoskimi, hiszpańskimi, angielskimi radzi sobie ówczesny Ruch Wielkie Hajduki, hegemon na polskiej scenie piłkarskiej w latach 30. Bo, że dawał radę niemieckim, to już wiadomo.

Ruch: propagowanie piłki za pieniądze

30 grudnia 1934 roku, piłkarze Ruchu Hajduki Wielkie pokonali w Monachium Bayern! Takiej sztuki nie dokonał ani przedtem, ani potem żaden nasz klub. A przecież jeszcze kilka lat wcześniej Ruch był całkiem przeciętną drużyną, nawet na regionalnym podwórku pierwszy sukcesy na krajowej arenie odnosił lokalny rywal - 1. FC Katowice, który w został wicemistrzem Polski w pierwszym roku działania ligi.

Reklama

Ruch powoli jednak zbierał się w sobie i już w 1933 roku niespodziewanie zdobył pierwsze mistrzostwo Polski. Jednak najlepszy okres był dopiero przed niebieską drużyną. Klub wkrótce stał się popularny w całym kraju. Nie tylko dlatego, że rozpalał wyobraźnię (na tyle, że Kazimierz Górski jako bajtel przyjeżdżał na Śląsk pociągiem, byle go zobaczyć), ale także dlatego, że rozgrywał mnóstwo spotkań towarzyskich. Zarabiał na nich przyzwoite pieniądze, to była właściwie jedna z form dorabiania sobie - zarówno przez klub, jak i piłkarzy, którzy nie mogli przecież nawet marzyć o takich pieniądzach jak dziś. Na świecie trwał jeszcze wielkie kryzys wywołany krachem na nowojorskiej giełdzie.

"Drużyna mistrzowska [Ruchu, przyp. aut.] rozrywana jest na wszystkie strony i nawet za skromnym odszkodowaniem czyni zadość licznym zaproszeniom, propagując sport piłki nożnej nawet w najbardziej zapadłych miejscowościach prowincji" - pisał dziennikarz katowickiego dziennika "Polonia".

Ruch zaczął sprawdzać się także zagranicą. Przykładem tego było choćby gwiazdkowe tournée za zachodnią granicą na przełomie 1934 i 35 roku. Zaledwie miesiąc wcześniej Ruch zdobył drugie z kolei mistrzostwo Polski i niemieckie drużyny chciały wiedzieć jak wypadną na jego tle. W Ruchu grał już 18-letni młokos Ernest Wilimowski z 1. FC Katowice, który olśnił kraj natychmiast gdy tylko zaczął występować w Ruchu.

Na przełomie roku ekipa z Wielkich Hajduk wyjechała więc pograć i... zdumiała - a raczej przygnębiła - Niemców. Przed meczami gospodarze byli pewni własnych umiejętności, bo kilka miesięcy wcześniej ich reprezentacja zdobyła przecież trzecie miejsce na mistrzostwach świata we Włoszech, na których Polska w ogóle nie była; odpadła w eliminacjach z Czechosłowacją, która zdobyła potem wicemistrzostwo.

Ruch: gol jednego króla z podania drugiego króla

Ruch przyjechał do Monachium 29 grudnia 1934 roku. Podróż ze Śląska trwała  17 godzin, Ślązacy zatrzymali się w najlepszym wówczas monachijskim hotelu - Stadt Wien. Nazajutrz grali z Bayernem, który dwa lata wcześniej zdobył pierwsze w historii klubu mistrzostwo Niemiec [jeszcze nie Bundesligi, ta został bowiem wprowadzona dopiero po wojnie, w 1962 roku, przyp.aut.]. Jego najbardziej znanym wówczas zawodnikiem był obrońca Sigismund Haringer, który uczestniczył na MŚ’34 a w latach 1931-37 rozegrał dla niemieckiej reprezentacji 15 meczów.

Mecz odbył się oczywiście w zupełnie innym miejscu, nie tam gdzie znajduje się słynna Allianz-Arena. W latach 1925-72 Bayern występował przy Grünwalder Strasse. Na mecz z Ruchem przyszło 12 tys. kibiców.

Bayern nacierał, ale najlepszym w śląskiej drużynie był bramkarz Eryk Tatuś. W 20. min Tatuś obronił karnego wykonywanego przez Helmuta Schneidera. "Piłka strzelona z precyzją w długi róg bramki grzęźnie w rękach bramkarza Tatusia, który po prostu niewidocznym dla oka podskokiem chwyta piłkę" - pisał reporter. Ruch nie dał sobie wbić bramki a sam, tuż przed przerwą zdobył gola, który dał mu zwycięstwo. Zdobył ją jeden z "Trzech Króli" Ruchu - Teodor Peterek z podania drugiego króla, niezawodnego Gerarda Wodarza. Trzeci król - Wilimowski - też wystąpił w tym meczu.

Ruch: łysawy fryzjer znakomitym piłkarzem

Warto przy okazji tego meczu zwrócić uwagę na dobrą grę zawodnika, który sprawił, że nazwisko Urban znane było w polskiej społeczności piłkarskiej jeszcze zanim w latach osiemdziesiątych zabłysnął Jan, obecny trener Górnika Zabrze. Na prawym skrzydle dobrze spisywał się Ewald Urban, który wcale nie wyglądał na piłkarza. Łysy, niski, wręcz przysadzisty - ale pozory mylą! Tak bardzo, że przed meczem na uroczystym spotkaniu w miejskim ratuszu jeden z przedstawicieli monachijskiego magistratu wziął Urbana za... burmistrza Hajduk Wielkich i wygłosił pod jego adresem uroczyste przemówienie! Można wyobrazić sobie miny chorzowskich piłkarzy i późniejsze ich żarty z kolegi z drużyny.

Losy Urbana są wyjątkowo nietypowe. Z Ruchem zdobędzie cztery mistrzostwa, w reprezentacji zagra sześć razy. Dwa lata później, w 1936 roku z innym piłkarzem Ruchu Manfredem Wadasem zdecydował się na ucieczkę do Niemiec. Z Polsce uznano to za dezercję, bo piłkarz akurat odsługiwał wojsko stacjonującym w Chorzowie 75. Pułku Piechoty. Wysłano za nim list gończy. Tymczasem Urban grał w piłkę w Vorwärts-Rasensport Gleiwitz. O dziwo  - w 1938 roku wrócił do Polski. Sąd wojskowy skazał go na 1,5 roku więzienia. Wybuch wojny zastał go za kratkami. Potem grał w Bismarckhütter Sport Vereinigung, klubie, który zastąpił zlikwidowany przez hitlerowców Ruch. Ta historia nie ma happy endu. W czasie wojny Urban traci rękę, umiera w Niemczech w 1959 roku, mając zaledwie 45 lat.

Mało znany fakt: Marian Lubina, syn przedwojennego reprezentanta Polski Pawła, opowiadał mi, że przed wojną w katowickich kinach wyświetlano pełnometrażowy film o Ewaldzie Urbanie wyprodukowany w Niemczech! Sam na takim filmie był.

Ruch: Niemieckie toasty na cześć Józefa Piłsudskiego

Gospodarze po porażce umieli się zachować.  Po spotkaniu działacze Bayernu na cześć gości z Górnego Śląska, wydali uroczystą kolację. Naszych piłkarzy obdarowano pięknymi monachijskimi kuflami. Podnoszono toasty na cześć prezydenta Rzeczpospolitej Ignacego Mościckiego oraz marszałka Józefa Piłsudskiego.

A przecież niespełna dwa lata wcześniej Adolf Hitler został kanclerzem Rzeszy, a właśnie Monachium było matecznikiem nazizmu. Aż prześledziłem kto z obywateli tego miasta właśnie wówczas startował do wielkich karier. W głowie się kręci. Byli wśród nich Heinrich Himmler, Ewa Braun, Max Amann (największy magnat prasowy III Rzeszy), Philipp Bouchler (kierownik kancelarii führera, w czasie tournée Ruchu szef monachijskiej policji), Heinrich Mueller (nieformalny szef gestapo odpowiedzialny za realizację "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej") albo Hermann Esser (m.in. szef Departamentu Turystyki w Ministerstwie Propagandy Rzeszy).

Ruch: dziewięć goli w Stuttgarcie

Ale to nie był koniec emocji. Zaledwie trzy dni później, bo 2 stycznia 1935 r. Ruch pokonał w Stuttgarcie miejscowy klub VfB w niecodzienny sposób, bo 5-4 (4-2). Gospodarzom nie pomogło stronnicze sędziowanie. Trzy gole zdobył Wilimowski, a dwa - Wodarz.

Właśnie dzięki takim wyjazdom Ruch osiągał najlepsze wyniki finansowe ze wszystkich klubów w Polsce. Zresztą na lidze w 1934 toku zarobił najwięcej ze wszystkich ligowców, bo 53 tys. zł. Na jego mecze przychodziło w sezonie '34 najwięcej widzów - 55 tys. (średnio 5,5 tys. na mecz). Dla porównania: drugą pod tym względem Polonię przyszło oglądać 27 tys. widzów. Rekord frekwencji padł na meczu Ruch - Cracovia. Zanotowano wówczas 10 696 widzów, którzy zapłacili za bilety. W Wielkich Hajdukach na mecze chodziło w tym czasie więcej ludzi niż w Warszawie na trzy kluby ligowe łącznie.

Paweł Czado

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL