Reklama

Reklama

Bez Hamulców. Wystawiają ich za drzwi, bo żużlowca łatwiej owinąć wokół palca (felieton)

Krzysztof Cegielski powiedział, że gdyby Robert Lewandowski jeździł na żużlu i przyszedł do klubu na rozmowy z menedżerem, to ten ostatni usłyszałby: pan poczeka za drzwiami. Jak rok temu w maju podpisywano aneksy, to właściciel jednego z klubów zabronił zawodnikom przychodzić z agentami. Ci grzecznie posłuchali, a potem zostali bezlitośnie ograni. Ich kontrakty zostały tak ścięte, że był płacz i zgrzytanie zębami.

Dlaczego menedżer jest w żużlu "be". Odpowiedź na to pytanie jest banalnie prosta. Ten sport uprawiają głównie chłopcy z biednych rodzin, bez wykształcenia (przeważnie po zawodówce), których na dokładkę łatwo omamić tekstami w stylu: będziesz w jednej drużynie z mistrzem Zmarzlikiem, albo będziesz miał okazję pracować z takim trenerskim magiem, jak Cieślak. Menedżer mógłby parsknąć śmiechem, na zawodniku zrobi to wrażenie, bo on przychodzi do klubu często, gęsto wyłącznie z marzeniami. Brak mu wyrachowania, chłodnej kalkulacji, czyli tego, co ma osoba stojąca z boku, czytaj menedżer.

Reklama

Kiedy taki zawodnik wchodzi na rozmowę, to zdarza się, że nawet nie patrzy na to, co podpisuje. Sprawdza jedynie, czy cyferki się zgadzają (choć już z brutto, netto jest problem) i składa autograf we wskazanym palcem miejscu. Jak w sezonie nic złego się nie dzieje, nie ma sprawy. Jak są problemy, to okazuje się, że nie wszystko wyglądało tak, jak sobie to wyobrażał. Potem jest na łasce pracodawcy.

Rozmowy z menedżerem, którego nie da się nabrać na opowieści o magii, tradycji i dumie, to już wyższa szkoła jazdy. Dlatego pośredników wyrzucano za drzwi przy trudnych majowych rozmowach o cięciu kontraktów. Nie chciano, żeby wchodzili razem z zawodnikami i słuchali, co ma do powiedzenia prezes, bo wtedy negocjacje mogłyby trwać w nieskończoność, a na podpisanie aneksów kluby miały tydzień.

Inna sprawa, że menedżer żużlowy nie jest w tak komfortowej sytuacji, jak kolega z piłki. Ten drugi może sobie pozwolić na to, żeby grać ostro, bo w Ekstraklasie jest 16 klubów, a pierwsza liga też niezła. Poza tym jest cała Europa. W żużlu mamy właściwie osiem dobrych miejsc pracy i na tym się kończy. Nie ma więc możliwości, by się kłócić i zrażać do siebie prezesów. Obrazi się jednego, drugiego i można stracić robotę. Zawodnik gdzieś jeździć musi, więc nie będzie trzymał menedżera, który mu zatrzaskuje kolejne drzwi.

W sumie wielka szkoda, że najlepsza żużlowa liga świata ma nie po drodze z menedżerami. Kiedyś wprowadzono jakieś licencje, mówiło się coś o kursie, teraz to wszystko poszło w zapomnienie. Menedżer jest piątym kołem u wozu. Prezesom nie jest potrzebny wcale. Zawodnikom bardziej, ale skoro tak łatwo się poddali, kiedy tylko jeden z prezesów krzyknął, to potem ciężko pisać, że żużel potrzebuje agentów. A jednak potrzebuje, bo to kolejny krok na drodze do profesjonalizacji. Od razu jednak zaznaczę, że nie chodzi mi o tych menedżerów, jakich mamy obecnie. Bo w żużlu agentami zostają mamy, żony, narzeczone, kochanki i mechanicy, a nie do końca o to chodzi. 

Zobacz Sport Interia w nowej odsłonie!

Sprawdź


Reklama

Reklama

Reklama

Reklama